Tak upływało życie Taminy, zanim pojawił się obcy bryg w Sembirze. Pamiętała dokładnie chwilę jego przybycia. Wrzawa zapanowała w osadzie; nienasycona ciekawość ogarnęła wszystkich mieszkańców, podniecając ich do rozmów dniem i nocą. Pamiętała także swoją nieśmiałość wobec obcych ludzi. Z czasem, gdy statek przymocowany u brzegu stał się niejako częścią osady, lękliwość Taminy ustępowała stopniowo wobec rosnącej zażyłości. Odwiedziny na pokładzie weszły w skład jej codziennych obowiązków. Wstępowała z wahaniem na pochyłe deski pomostu, wśród zachęcających okrzyków, którym towarzyszyły mniej lub więcej przyzwoite żarty majtków wspartych bezczynnie o burtę. Dostawszy się na pokład, sprzedawała swój towar hałaśliwym żeglarzom o wielce swobodnym obejściu. Panował tam nieustanny tłok i ruch, jedni wychodzili, drudzy wracali; rozlegały się nawoływania i rozkazy, które spełniano przy wtórze głośnych okrzyków; zgrzytały bloki, zwoje lin migały w powietrzu. Tamina siadywała na uboczu w cieniu płóciennego dachu, zakrywszy szczelnie twarz zasłoną; tacę z ciastkami umieszczała przed sobą. Czuła się bardzo onieśmielona wśród tylu obcych mężczyzn. Uśmiechała się do wszystkich kupujących, lecz nie rozmawiała z żadnym, puszczając mimo uszu ich żarty z tępą obojętnością. Różne opowiadania o oddalonych krainach, o dziwnych obyczajach i jeszcze dziwniejszych wypadkach obijały się o jej uszy. Wszyscy ci ludzie byli odważni, lecz najmężniejsi z nich mówili z trwogą o swym wodzu. Mąż, którego zwali panem, przechodził często obok Taminy, wyprostowany i obojętny. Bił od niego blask młodości, połyskiwały wspaniałe szaty i podźwięk złotych ozdób szedł za nim, a żeglarze usuwali mu się z drogi i zawisłszy wzrokiem u jego warg, wyczekiwali niespokojnie rozkazów. Całe życie Taminy zbiegało się wówczas w jej oczach; spoglądała ku niemu spod zasłony, pociągnięta nieodpartym czarem, ale bała się zwrócić jego uwagę. Pewnego dnia spostrzegł ją i spytał, co to za dziewczyna. „Niewolnica, tuanie! Roznosi ciastka na sprzedaż!” — zabrzmiała jednogłośna odpowiedź z kilkunastu piersi. Porwała się do ucieczki, lecz przyzwał ją z powrotem, a gdy stanęła przed nim, drżąca, ze zwieszoną głową, przemówił łaskawie i ująwszy pod brodę, spojrzał jej w oczy z uśmiechem. „Nie bój się!” — powiedział. Nigdy się już więcej do niej nie odezwał. Ktoś zawołał na niego z brzegu; odwrócił się i zapomniał o jej istnieniu. Na wybrzeżu stał Almayer z Niną u boku. Tamina posłyszała wesoły głos Niny i ujrzała radość na twarzy Daina, który mig znalazł się na brzegu. W owej to chwili znienawidziła dźwięk głosu Niny.
Przestała odtąd odwiedzać kampung Almayera, spędzając południowe godziny na pokładzie w cieniu płóciennego dachu. Wyglądała Daina z piersią falującą coraz szybciej, a gdy nadchodził, serce miotało się w niej jak oszalałe w rytm świeżo zrodzonych uczuć — wesela, nadziei i trwogi. Z oddaleniem się Daina przycichał dziki zamęt w jej duszy; wyczerpana jak po walce siedziała długi czas w sennym bezwładzie. Wieczorem wracała do domu, wiosłując od niechcenia, unoszona leniwym prądem wzdłuż brzegu. Wiosło wisiało bezczynnie, a ona siedziała na rufie, z głową wspartą na ręku i szeroko rozwartymi oczyma, wsłuchując się usilnie w szept własnego serca, który się rozrastał w pieśń niewymownej słodyczy. Zasłuchana w jej nutę, łuskała ryż w domu; cudna melodia głuszyła krzykliwe kłótnie żon Bulangiego i gniewne wymówki, których jej nie szczędzono. Gdy słońce miało się ku zachodowi, szła kąpać się w zatoce; stojąc na miękkiej trawie wybrzeża, z suknią leżącą u stóp, słuchała wciąż śpiewu serca, zapatrzona w odbicie swej postaci w gładkim zwierciadle wody. Wracała potem z wolna ku domowi, z mokrymi włosami rozsypanymi na plecach; kładła się na spoczynek pod migotaniem gwiazd i zamykała oczy przy wtórze fal, w poszeptach ciepłego wiatru; cała przyroda przemawiała do niej tysiącem szmerów z wielkiego lasu, a serce jej zanosiło się śpiewem.
Słuchała, nie rozumiejąc, i piła senną radość nowego bytu bez troski o jego trwałość lub znaczenie, aż przyszła do niej przez ból i gniew pełna świadomość życia. Straszny ból targnął nią, gdy ujrzała po raz pierwszy, jak długie czółno Niny mija uśpioną chatę Bulangiego, unosząc dwoje zakochanych w gęstwę białej mgły zawisłej nad rzeką. Zawiść i wściekłość Taminy wzmogły się aż do paroksyzmu fizycznego cierpienia; padła na wybrzeże, dysząc w niemej męce ranionego zwierzęcia. Lecz mimo to krążyła dalej w zaklętym kole niewoli i dzień w dzień spełniała swoje obowiązki, żywiąc w sercu wielki tragizm cierpienia, którego nie umiała wyrazić nawet wobec samej siebie. Unikała Niny, czuła na jej widok jak gdyby ostrze noża wżerające się w ciało, nie przestała jednak odwiedzać brygu, sycąc pokarmem rozpaczy swoją niemą, ciemną duszę. Widywała Daina niejednokrotnie. Nigdy się już nie odezwał ani nie spojrzał na nią. Czy oczy jego mogły widzieć tylko jedną kobietę? Czy uszy jego były otwarte dla jednego, jedynego głosu? Nie zwrócił na nią uwagi już ani razu.
Wreszcie stało się, że odjechał. Ostatni raz widziała go u boku Niny owego ranka, gdy Babalaczi, zwiedzając zastawione sieci, stwierdził na własne oczy, że słusznie podejrzewa Daina i Ninę o miłosne konszachty. Dain znikł, a serce Taminy — w którym spoczywały bezużytecznie i jałowo ziarna wszelkiej miłości i nienawiści, wszystkich namiętności i wszystkich poświęceń — serce to zapomniało o swych radościach i bólach, gdy zbrakło mu oparcia zmysłów. Pierwotna, nieokrzesana jej dusza, podlegająca niewolniczo ciału — tak jak i ciało jej podlegało ludzkiej woli — zapomniała o nikłym i mętnym obrazie ideału, który wyrósł na tle fizycznych podniet jej dzikiej natury. Zapadła znowu w drętwą tępość poprzedniego życia i znajdowała pociechę, a nawet pewien rodzaj szczęścia, w myśli, że Nina i Dain rozstali się — przypuszczalnie na zawsze. On zapomni o Ninie! Ta myśl łagodziła męki gasnącej zazdrości, której zbrakło pokarmu, i Tamina znalazła wreszcie spokój. Była to jak gdyby martwa cisza pustyni, gdzie spokój panuje tylko dlatego, że nie ma tam życia.
Lecz oto Dain powrócił. Poznała jego głos nawołujący w nocy Bulangiego. Wysunęła się z chaty w ślad za swoim panem, aby wsłuchać się w ten dźwięk czarowny. Dain siedział w łódce i rozmawiał z Bulangim. Tamina, chłonąc jego słowa z zapartym oddechem, posłyszała drugi głos jeszcze. Obłąkana radość, rozsadzająca jej serce, zgasła wnet, rzuciwszy ją na pastwę fizycznego bólu; doznawała go już i przedtem na widok Daina i Niny. Głos Niny rozkazywał i groził na przemian, a Bulangi odmawiał, tłumaczył — i zgodził się w końcu. Poszedł do chaty, aby wziąć wiosło ze stosu za drzwiami. Szmer głosów nad rzeką snuł się ciągle; uszu Taminy dochodziły niekiedy pojedyncze wyrazy. Zrozumiała, że Dain ucieka przed białymi, że szuka kryjówki, że jest w niebezpieczeństwie. Lecz posłyszała także słowa, które zbudziły wściekłą zazdrość uśpioną przez wiele dni w jej duszy. Skulona w błocie, w czarnym mroku między palami, nasłuchiwała szeptu przepojonego lekceważeniem trudów niebezpieczeństw, a nawet samego życia — jeśli nagrodą ma być gorący uścisk, spojrzenie umiłowanych oczu, powiew słodkiego oddechu, dotknięcie miękkich warg. Tak mówił w łódce Dain do Niny, czekając na powrót Bulangiego — a Tamina, wsparta o pal śliski od błota, czuła, że niezmierny jakiś ciężar wali się na nią i ciągnie w czarną gęstą wodę. Chciała krzyknąć, rzucić się ku nim i roztrącić niewyraźne cienie, a potem pchnąć Ninę w gładką toń, oplątać ją sobą i przywrzeć do dna, gdzie by ten człowiek nie mógł jej dosięgnąć. Niezdolna była do płaczu ani do najlżejszego ruchu. Niebawem rozległy się kroki na bambusowym pomoście nad jej głową; widziała, jak Bulangi wsiadł do najmniejszego czółenka i wysunął się naprzód, a za nim podążyła łódka z Dainem i Niną. Plusnęły lekko wiosła, zanurzone ostrożnie w wodę, mgliste postacie dwojga ludzi przesunęły się przed zbolałymi oczami Taminy i znikły w ciemnościach.
Pozostała na miejscu, bezwładna w chłodzie i wilgoci, dysząc ciężko pod miażdżącym brzemieniem, które tajemnicza ręka losu zwaliła tak niespodziewanie na smukłe jej barki; trzęsąc się, czuła, jak pożera ją piekący ogień, podżegany własnym jej tchnieniem. Gdy świt rozwinął bladozłocistą wstęgę nad czarnymi lasami, popłynęła do osady z towarem i roznosiła placki na sprzedaż, wiedziona jedynie siłą przyzwyczajenia. Spostrzegła podniecenie ludności i usłyszała, że znaleziono ciało Daina. Szybko ochłonęła ze zdumienia; była to oczywiście nieprawda — wiedziała o tym dobrze. Żal jej się zrobiło, że nie umarł. Chętnie ujrzałaby go martwym, aby odgrodzić go śmiercią od tej kobiety — od wszystkich kobiet w ogóle. Zapragnęła nagle zobaczyć Ninę — bez wyraźnego celu. Nienawidziła i lękała się jej, ale czuła, że nieodparty jakiś popęd gna ją ku domowi Almayera, że pragnie spojrzeć w twarz białej kobiecie, zatopić wzrok w jej oczach i usłyszeć znów dźwięk głosu, za który Dain gotów narazić wolność, a nawet życie. Widywała przecież Ninę tyle razy, słyszała dzień w dzień jej głos przez długie miesiące. Cóż jest szczególnego w tej istocie? Jak się to dzieje, że Dain tak do niej przemawia, że oślepł na wszystko, co nią nie jest, że ogłuchł na wszystko — krom91 jej głosu?
Zostawiła tłum na wybrzeżu i szła bez celu wśród pustych chat. Walczyła wciąż z popędem, który ciągnął ją nieprzeparcie ku Ninie. Może zdoła zgłębić w jej oczach tajemnicę własnej niedoli? Słońce wznosiło się coraz wyżej, chłonąc cienie, i zalewało Taminę potokami blasku i dusznego żaru. Przechodziła z cienia w światło, ze światła w cień, wśród chat, krzewów i wyniosłych drzew, uchodząc nieświadomie przed cierpieniem skrytym we własnym sercu. W ostatecznej niedoli nie umiała złożyć modlitwy z prośbą o ulgę, nie znała żadnych niebios, do których by mogła słać błagania, i wędrowała przed siebie strudzonymi stopami w niemym zdumieniu i zgrozie wobec niesprawiedliwości mąk spadłych na nią bez powodu i bez miłosierdzia.
Krótka rozmowa z Reszydem i propozycja Abdulli pokrzepiły ją nieco, zwracając myśli w inną stronę. Niebezpieczeństwo grozi Dainowi. Dain kryje się przed białymi ludźmi: oto co zdołała zrozumieć ubiegłej nocy. Wszyscy mieli go za umarłego. Lecz Tamina wiedziała, że żyje, i wiedziała także, dokąd się schronił. Czego chcą Arabowie od białych ludzi? Czego chcą biali ludzie od Daina? Czyżby zamierzali go zabić? Mogłaby im wszystko powiedzieć... Nie, nie powie im nic! Przekradnie się do niego w nocy, sprzeda mu własne jego życie za słowo, za uśmiech — chociażby za skinienie — a potem będzie jego niewolnicą w odległej krainie, z dala od Niny. Ale czyhają różne niebezpieczeństwa. Jednooki Babalaczi wie wszystko, a żona białego jest czarownicą. Mogą zdradzić tajemnicę. A Nina? Trzeba pójść i zobaczyć.
Zboczyła w pośpiechu ze ścieżki i biegła ku domowi Almayera przez zarośla i gaj palmowy. Znalazła się z tyłu domu, gdzie szeroki rów pełen wody sączącej się z rzeki oddzielał kampung od reszty osady. Gąszcz krył przed jej wzrokiem rozległy dziedziniec z szopą kuchenną. Wykwitały stamtąd smukłe kolumienki dymu; dźwięk obcych głosów zdradzał, że „morscy ludzie” z wojennego statku już wylądowali i obozują między rowem a domem. Z lewej strony zbliżyła się do rowu któraś z niewolnic Almayera i schyliła się nad lśniącą wodą, szorując rondel. Na prawo szczyty drzew w bananowym lasku chwiały się i wstrząsały pod dotknięciem niewidzialnych rąk zrywających owoce. Na cichej wodzie rowu tkwiło kilka czółen uwiązanych do tęgiego pala, tworząc niemal rodzaj mostu tuż przed Taminą. Gwar na dziedzińcu rozsypywał się niekiedy w grad okrzyków, śmiechów i nawoływań, po czym ucichał stopniowo, aby po chwili znów wrzawą wybuchnąć. Wątły niebieski dym gęstniał, czerniejąc, rozwłóczył się wonnymi smugami po zatoce i owijał Taminę duszną oponą; potem, gdy ogień wgryzł się już w świeże polana, dym znikał w jasnym blasku słońca i tylko aromat pachnącego drzewa niósł się z powiewem od trzaskających ognisk.
Umieściła tacę na pniu i stała z oczyma zwróconymi w stronę domu, którego dach i część bielonej ściany widać było między krzewami. Niewolnica skończyła swoją pracę, spojrzała z ciekawością w stronę Taminy i zapuściła się znów w gęstwę krzaków ku dziedzińcowi. Tamina pozostała teraz w zupełnej samotności. Rzuciła się na ziemię i skryła twarz w rękach. Będąc już tak blisko, poczuła, że nie ma odwagi spojrzeć na Ninę. Za każdym razem, gdy rozlegały się krzyki, drżała w obawie, że usłyszy jej głos. Postanowiła czekać, aż się ściemni, i udać się wprost do kryjówki Daina. Z miejsca, gdzie leżała, mogła śledzić poruszenia białych i Niny — wszystkich przyjaciół Daina i wszystkich jego wrogów. Nienawidziła jednako i jednych, i drugich, gdyż i jedni, i drudzy chcieli jej go zabrać. Przytaiła się w bujnej trawie, oczekując zachodu słońca, które przeciągało w nieskończoność swoją wędrówkę po niebie.