Z drugiej strony rowu, za krzakami, majtkowie z fregaty, zaproszeni gościnnie przez Almayera, rozłożyli się obozem naokoło jasnych ognisk. Almayer pod wpływem próśb i nalegań Niny otrząsnął się wreszcie z apatii i znalazł się w porę na wybrzeżu, aby powitać oficerów. Dowodzący porucznik przyjął zaproszenie Almayera i zauważył, że tak czy owak mają do niego interes — może nawet nie bardzo przyjemny — dodał. Almayer ledwie go słyszał. Machinalnie podał rękę gościom i szedł naprzód ku domowi. Niejasno zdawał sobie sprawę z uprzejmych słów, którymi witał nieznajomych, choć powtarzał je po kilkakroć, wysilając się na swobodę. Zmieszanie jego nie uszło uwagi oficerów; starszy szepnął drugiemu na ucho, iż trzeźwość Almayera pozostawia wiele do życzenia. Młody podporucznik roześmiał się i wyraził nadzieję, że mimo to biały człowiek da im chyba coś do wypicia,

— Ten nie wygląda niebezpiecznie — dodał, gdy wstępowali powoli za Almayerem na schody werandy.

— Wcale nie, wygląda prędzej na głupca niż na łotra; słyszałem o nim — odparł starszy.

Zasiedli naokoło stołu. Almayer przyrządził trzęsącymi się rękoma cocktaile z ginu, poczęstował gości i pił razem z nimi, czując, jak z każdym łykiem wstępuje w niego siła, spokój i zdolność do pokonania wszelkich trudności. Nie wiedział, co się stało z brygiem, i nie podejrzewał prawdziwego celu wizyty oficerów. Miał niejasne wrażenie, że władze holenderskie przewąchały coś niecoś o handlu prochem, ale nie obawiał się niczego poza jakimś chwilowym kłopotem. Wychylił szklankę i jął swobodnie gawędzić, rozparty wygodnie w fotelu, z nogą przerzuconą przez poręcz. Porucznik siedział okrakiem na krześle, z żarzącym się cygarem w kącie ust, i z przebiegłym uśmiechem przysłuchiwał się Almayerowi zza gęstych kłębów dymu wymykających się przez zaciśnięte wargi. Młody podporucznik oparł łokcie o stół, głowę ujął w dłonie i spoglądał sennie, odurzony zmęczeniem i ginem. Almayer wciąż mówił:

— Wielka to przyjemność widzieć tu u nas białe twarze. Przez długie lata żyłem w zupełnej samotności. Panowie rozumiecie: Malaje — cóż to za towarzystwo dla białego człowieka! A przy tym oni nie są dla nas przyjaźnie usposobieni. Wcale nas nie rozumieją. To skończone łotry. Zdaje mi się, że jestem jedynym białym, który zamieszkuje na stałe wschodnie wybrzeże. Mamy tu czasem gości z Makassaru czy Singapuru — kupców, ajentów, badaczy, ale rzadko. Rok temu, a może i więcej, bawił tu pewien uczony. Mieszkał u mnie i pił od rana do nocy. Żył sobie wesoło przez kilka miesięcy, a kiedy zabrakło wreszcie trunków, które przywiózł ze sobą, wrócił do Batawii ze sprawozdaniem o mineralnych bogactwach w głębi wyspy. Ha, ha, ha! Dobre, co?

Urwał nagle i powiódł po gościach bezmyślnym wzrokiem. Oficerowie śmieli się, a on powtarzał wciąż to samo: „Dain nie żyje. Na nic wszystkie moje plany. Przepadła ostatnia nadzieja — wszystko przepadło”. Zamarło w nim serce. Uczuł się zmożony jak gdyby śmiertelną chorobą.

— To doskonałe! Znakomite! — wykrzykiwali obaj oficerowie.

Almayer otrząsnął się z przygnębienia w nowym przypływie gadatliwości.

— No, a co będzie z obiadem? Panowie macie z sobą kucharza! To doskonale! Jest tam szopa kuchenna w podwórzu. Mogę panom ofiarować gęś. Proszę popatrzeć na moje gęsi — jedyne gęsi na całym wybrzeżu, może i na całej wyspie. To jest kucharz panów? Bardzo dobrze. Słuchaj, Ali, zaprowadź tego Chińczyka do kuchni i powiedz mem Almayer, żeby pozwoliła mu się rozgościć. Moja żona, proszę panów, nigdy się nie pokazuje; co innego moja córka. Napijmy się jeszcze tymczasem. Gorący dzień dzisiaj.

Porucznik wyjął z ust cygaro, spojrzał krytycznie na popiół, strzepnął go i zwrócił się do Almayera: