— Mamy do pana niezbyt przyjemny interes — oświadczył.
— Bardzo mi przykro — odrzekł Almayer. — Ale to chyba nic ważnego?
— Pan uważa, że próba wysadzenia w powietrze czterdziestu ludzi nie jest czymś ważnym? Niewiele osób zgodzi się z pańskim zdaniem — odparł ostro oficer.
— Wysadzenia w powietrze? Co takiego? Nic nie wiem! — zawołał Almayer. — Któż to zrobił czy też chciał to zrobić?
— Człowiek, z którym łączą pana różne konszachty — odparł porucznik. — Przebywał tutaj pod mianem Daina Maruli. Pan dostarczył mu prochu, który znaleźliśmy na brygu opanowanym przez nas.
— Skąd pan dowiedział się o brygu? — spytał Almayer. — Nie wiem nic o żadnym prochu.
— Kupiec arabski z waszej osady doniósł o pańskich sprawkach do Batawii parę miesięcy temu — odrzekł oficer. — Czatowaliśmy na bryg przy ujściu rzeki, ale prześliznął się obok nas i musieliśmy ścigać tego łotra ku południowi. Dostrzegł nas, puścił się między skały i wpędził statek na brzeg. Załoga umknęła, nim zdołaliśmy się zbliżyć, a kiedy łodzie nasze podjechały do brygu, wyleciał z przeraźliwym hukiem w powietrze i zatopił najbliższe czółno. Dwóch ludzi utonęło — oto skutek pańskich matactw, panie Almayer. Chcemy teraz dostać w ręce tego Daina. Mamy wszelkie powody do przypuszczenia, że kryje się w Sembirze. Czy panu wiadomo, gdzie on jest? Radzę panu usprawiedliwić się wobec władz — tak dalece, jak to będzie możliwe — przez otwarte wyznanie. Gdzie jest ten Dain?
Almayer powstał i zbliżył się do balustrady. Zdawał się nie myśleć wcale o zapytaniu oficera. Spoglądał na wyciągnięte, sztywne ciało pod białą oponą, na którą spływał nikły blask czerwieni od słońca kłoniącego się wśród chmur ku zachodowi. Porucznik czekał na odpowiedź i zaciągał się raz po raz, usiłując rozpalić na wpół wygasłe cygaro. W głębi werandy Ali krzątał się cicho przy nakrywaniu stołu; ustawił uroczyście niedobrany i obtłuczony serwis, rozmieścił cynowe łyżki, widelce o wyłamanych zębach i noże z obluzowanymi rączkami, o ostrzach wyszczerbionych na kształt piły. Zapomniał już niemal, jak się nakrywa stół dla białych ludzi. Bardzo był zmartwiony, bo mem Nina nie chciała mu pomóc. Odstąpił wreszcie od stołu i spojrzał na swoje dzieło z podziwem i wielką dumą. Tak jest chyba dobrze, a jeżeli pan będzie się potem gniewał i wymyślał — tym gorzej dla mem Niny. Dlaczego nie chciała mu pomóc? I wysunął się z werandy, aby przynieść obiad.
— No, panie Almayer, czy pan odpowie mi tak szczerze, jak ja pana pytam? — odezwał się wreszcie porucznik po długim milczeniu.
Almayer odwrócił się i spojrzał na niego ze spokojem.