— Niechże panowie pozwolą — rzekł pompatycznie Almayer. — Oto moja córka. Nino, panowie są oficerami z przybyłej dziś fregaty; uczynili mi zaszczyt, przyjmując moje zaproszenie.
Nina skłoniła powoli głowę, odpowiadając na niskie ukłony obu oficerów, i siadła przy stole naprzeciw ojca. Nadszedł sternik z szalupy, niosąc kilka butelek wina.
— Czy pozwoli mi pan postawić to na stole? — spytał porucznik Almayera.
— Jak to! Wino? To bardzo uprzejmie z pańskiej strony. Ależ naturalnie! W moim domu wcale nie ma wina. Ciężkie czasy!
Głos zadrżał mu przy ostatnich słowach. Uświadomił sobie znów z całą jaskrawością, że Dain nie żyje; poczuł, jak gdyby niewidzialna ręka zaciskała mu się wokoło gardła. Goście odkorkowywali wino, a on sięgnął po butelkę ginu i pociągnął długi łyk. Porucznik, który rozmawiał z Niną, obrzucił go krótkim wejrzeniem. Młodociany podporucznik ochłonął już trochę z podziwu i zmieszania, jakie go ogarnęło z chwilą niespodziewanego pojawienia się Niny na widok niezmiernej jej piękności. „Bardzo piękna i imponująca — rozmyślał — ale koniec końców to przecież Metyska!” Ta myśl sprawiła, że zebrał się na odwagę i spojrzał bokiem na Ninę. Spokój powlekał jej twarz, rozmawiała cichym, równym głosem ze starszym oficerem, który rozpytywał uprzejmie o kraj i o tryb jej życia. Almayer odepchnął talerz i pił wino swych gości w ponurym milczeniu.
Rozdział dziewiąty
— Czy mogę wierzyć twoim słowom? Są one jak bajka dla wojowników, którzy obozują wokół ognisk, na poły tylko czuwając, i widzi mi się, że wybiegły z ust kobiety.
— Kogóż mam wywodzić w pole, o radżo? — odrzekł Babalaczi. — Bez ciebie jestem niczym. Wierzę w prawdę wszystkiego, co ci rzekłem. Długie lata spoczywałem bezpiecznie w zagłębieniu twej dłoni. Nie czas na żywienie podejrzeń. Niebezpieczeństwo jest bardzo groźne. Radźmy i działajmy natychmiast, nim jeszcze słońce zajdzie.
— Słusznie mówisz — odmruknął frasobliwie Lakamba.
Siedzieli już od godziny w sali posłuchań radży. Babalaczi, stwierdziwszy przybycie oficerów, przeprawił się zaraz przez rzekę, aby zdać swemu panu sprawę z porannych wypadków i razem z nim wytknąć linię postępowania wobec zmienionych okoliczności. Niespodziewany obrót wydarzeń przeraził i zaskoczył ich obu. Radża siedział w fotelu ze skrzyżowanymi nogami, utkwiwszy wzrok w podłodze; Babalaczi przykucnął tuż przy nim w postawie wyrażającej wielkie zwątpienie.