— Zupełnie dobrze — rzekła, obdarzając go znów promiennym uśmiechem. — Nie słyszałam żadnego hałasu i bardzo się z tego cieszę. Boję się szorstkiego głosu tego człowieka. Nie lubię tych wszystkich cudzoziemców.

— Przestraszył mnie w chwili gdy odchodził — a właściwie, gdy wypadł z salonu. Kiwnął głową w stronę twego pokoju i pokazał palcem kotarę. Wiedział naturalnie, że tam jesteś. Zdawał się myśleć — zdawał się podsuwać mi myśl, że grozi ci jakieś szczególne niebezpieczeństwo. Ty wiesz, jak on się wyraża.

Nic na to nie odpowiedziała, nie wyrzekła ani słowa, tylko nikły rumieniec odpłynął z jej policzków.

— Tak — ciągnął Heyst. — Zdawało się, że usiłuje mnie przed czymś ostrzec. O to mu widocznie chodziło. Czy wyobrażał sobie, że zapomniałem o twoim istnieniu? Jedno jedyne słowo, które wymówił, to było: „dwoje”. Przynajmniej tak to brzmiało. Tak, powiedział: „dwoje”; i że mu się to nie podoba.

— Co to ma znaczyć? — szepnęła.

— Wiemy co znaczy słowo: dwoje — prawda, Leno? Nas jest dwoje. Chyba nigdy jeszcze nie było na świecie dwojga ludzi tak bardzo osamotnionych! A może Wang chciał mi przypomnieć, że i on ma kobietę, nad którą musi czuwać? Czemu taka jesteś blada, Leno?

— Czy rzeczywiście jestem blada? — spytała niedbale.

— Ależ tak! — Heyst był prawdziwie zaniepokojony.

— W każdym razie nie ze strachu — oświadczyła szczerze.

I rzeczywiście, zgroza, która ją ogarnęła, nie odebrała jej jednak panowania nad sobą; właśnie dlatego było to może jeszcze cięższe do zniesienia, ale nie pozbawiało jej sił.