— Na moją duszę i sumienie — zaczął znowu — jeżeli rzecz taka może być zapomniana, to mam prawo wyrzucić ją z pamięci. Spytaj pan, kogo chcesz tutaj... — tu głos jego drgnął. — Czy to nie dziwne — mówił tonem słodkim, łagodnym — że lud ten cały, który gotów dla mnie wszystko uczynić, nigdy zrozumieć mnie nie zdoła? Nigdy! Gdyby pan przestał mi wierzyć, nie mógłbym wezwać ich na świadków! Ciężko mi z tym jednak. Głupi jestem, prawda? Czegóż więcej żądać mogę? Jeżeli spytasz się ich pan, kto jest sprawiedliwy, uczciwy, komu by w opiekę oddali życie swe — odpowiedzą: Tuan Jim. A tymczasem oni nigdy nie mogą poznać istotnej, rzeczywistej prawdy...
Tak do mnie mówił ostatniego dnia mego pobytu w Patusanie. Jednego słowa nie wyrzekłem, czułem, że powie coś jeszcze i dojdzie do samego dna. Słońce, którego skoncentrowany blask nadawał ziemi pozór roziskrzonego kłębu pyłu, zapadło za lasy, a światło, płynące z opalowego nieba, rzucało na świat bez cieniów i błysków złudzenie spokojnej, myślącej wielkości.Nie wiem, dlaczego słuchając go zdawałem sobie tak jasno sprawę ze stopniowego ciemnienia rzeki i powietrza, z tej powolnej pracy nocy, ogarniającej wszystkie widzialne kształty, zacierającej je coraz bardziej i bardziej, jak gdyby spadał na nie czarny, delikatny pyłek.
— Na Jowisza! — zaczął gwałtownie — są dnie, w których człowiek czuje się zupełnie głupi, ale to powiedzieć mogę, że dałem sobie radę z tą okropną rzeczą, przygniatającą mi czaszkę... Zapomniałem?... Niech mnie powieszą, jeżeli wiem! Mogę spokojnie o tym myśleć. Bo zresztą czegóż to dowodziło? Niczego. Przypuszczam, że i pan nie sądzi inaczej...
Pośpieszyłem mruknąć coś niezrozumiałego.
— Wszystko jedno zresztą — rzekł. — Jestem zadowolony... prawie. Potrzebuję tylko spojrzeć na pierwszego przechodzącego człowieka, by odzyskać ufność w siebie. Oni rozumieć nie mogą, co się we mnie dzieje. To, co zrobiłem tutaj, zasługuje na uznanie!
— Rozumie się — odparłem.
— A jednak nie powierzyłby mi pan własnego okrętu — co?
— A niechże cię licho porwie! — krzyknąłem. — Dajże z tym pokój!
— Aha! Widzi pan — zawołał — ale spróbuj powiedzieć to któremuś z nich tutaj. Nazwą pana głupcem, kłamcą, a może gorzej jeszcze. Tym więc sposobem mogę wytrzymać. Uczyniłem coś dla nich, ale i oni mi się odpłacili.
— Kochany chłopcze — zawołałem — pozostaniesz dla nich zawsze niezbadaną tajemnicą.