Pochylił głowę.

— A! — krzyknęła. — Jesteś szalony lub fałszywy! Pamiętasz tę noc, gdy cię błagałam, byś mnie opuścił, a powiedziałeś, że nie mógłbyś, że to niemożliwe! Pamiętasz, powiedziałeś, że nigdy mnie nie opuścisz? A ja cię o te przysięgi nie prosiłam. Dobrowolnie je składałeś!

— Dość, biedaczko moja — rzekł — nie miałabyś ze mnie wielkiej pociechy.

Tamb’ Itam opowiadał, że gdy tak z sobą rozmawiali, ona śmiać się zaczęła tak głośno i dziko, jak to czynią ludzie nawiedzeni przez bóstwo. Pan jego złożył swe ręce na głowie. Natychmiast śmiać się przestała.

— Po raz ostatni pytam — krzyknęła groźnie — będziesz się bronił?

— Nic mnie dotknąć nie może — odparł z ostatnim przebłyskiem dumy i egoizmu.

Tamb’ Itam widział, jak dziewczyna jednym susem przypadła do niego i ramionami chwyciła za szyję.

— O, nie puszczę cię! — krzyknęła. — Jesteś mój! — łkała, złożywszy głowę na jego ramieniu.

Niebo nad Patusanem, krwisto czerwone, bezmierne, zdawało się ociekać krwią, płynącą z otwartej arterii.

Olbrzymie purpurowe słońce osiadało na szczytach drzew, a czarny las pod nim miał ponury wygląd.