Tamb’ Itam mówił mi, że wieczoru tego widok nieba był straszny i groźny. Najzupełniej wierzę temu, gdyż wiem, że o sześćdziesiąt mil od wybrzeży Patusanu przeszedł cyklon, w samym Patusanie prawie nieodczuwany.
Nagle Tamb’ Itam ujrzał, że Jim chwyta ręce dziewczyny, by je oderwać od swej szyi.
Ona przechyliła się w tył, jej włosy dotykały ziemi.
— Chodź tu! — krzyknął Jim, wzywając wiernego sługę, by pomógł mu złożyć ją na ziemi.
Z trudem odczepili jej palce od rąk Jima. Jim pochylił się nad nią, spojrzał serdecznie w jej twarz i skoczył na brzeg rzeki, gdzie stały czółna. Tamb’ Itam udał się za nim, ale odwrócił głowę i widział, jak dziewczyna zerwała się, podbiegła kilka kroków i padła na kolana.
— Tuanie! Tuanie! — wołał Tamb’ Itam.
Jim już wskoczył do czółna i trzymał wiosło w ręce. Nie obejrzał się ani razu. Tamb’ Itam ledwie zdołał wdrapać się za nim, dziewczyna pozostała na klęczkach, z załamanymi rękami. Pozostała chwilę w tej błagalnej pozycji, po czym zerwała się.
— Jesteś fałszywy! — krzyknęła.
— Przebacz mi! — odpowiedział donośnie Jim.
— Nigdy! Nigdy! — wołała.