Tamb’ Itam wziął wiosło z rąk swego pana. Gdy przybyli na przeciwległy brzeg, Jim zabronił mu iść dalej; ale on nie posłuchał i w niejakim oddaleniu szedł za Jimem do obozu Doramina.
Ściemniało się. Błysnęły tu i ówdzie pochodnie. Spotykani ludzie okazywali wielkie przerażenie i pośpiesznie usuwali się na bok, by dać przejść Jimowi. Rozlegały się bolesne jęki kobiet. Dziedziniec zapełniony był zbrojnymi Bugisami i ludem Patusanu.
Nie wiem doprawdy, co to zbiegowisko miało oznaczać. Czy to były przygotowania do wojny, do zemsty, czy też do odparcia grożącej napaści najeźdźców? Niemało czasu upłynęło, zanim przestano się lękać powrotu białych ludzi; jaka była łączność między nimi a ich białym lordem, nie mogli zrozumieć. Nawet dla tych prostych umysłów Jim pozostał przesłonięty jakimś cieniem.
Doramin, zrozpaczony, zgnębiony, odosobniony od tłumu, siedział na swym fotelu, trzymając na kolanach parę pistoletów. Gdy Jim ukazał się, wszystkie głowy zwróciły się ku niemu; tłum rozstąpił się na prawo i lewo i Jim przeszedł tą drogą, widział jak ci ludzie unikają jego spojrzenia. Szły za nim słumione szepty: „To on jest sprawcą wszystkiego. On urok rzucił...” Czy słyszał te słowa?
Gdy Jim stanął w blasku rzucanym przez pochodnie, jęki kobiet ścichły nagle. Doramin nie podniósł głowy, a Jim stał przed nim czas jakiś, nie mówiąc słowa. Następnie rzucił na lewo spojrzenie i poszedł w tym kierunku mierzonym krokiem. Matka Dain Warisa skulona siedziała przy trupie, siwe jej włosy całkowicie zakrywały jej twarz. Jim zbliżył się, spojrzał na swego martwego przyjaciela i wrócił na dawne swe miejsce.
— Przyszedł! Przyszedł! — powtarzały wszystkie usta.
— Odpowiadać miał własną głową — ktoś wyrzekł głośno. Słysząc to, Jim zwrócił się do tłumów.
— Tak. Odpowiedzialność przyjąłem na siebie.
Stał znów przed Doraminem i po chwili rzekł:
— Przybyłem zbolały, zgnębiony. Staję przed tobą bezbronny.