— Gdybyśmy zachorowali wszyscy, jakże byłoby z okrętem, co?

Postawiwszy to pytanie, rozglądał się wokoło, szczerząc zęby.

— Niech ginie do diabła — kpił Donkin — przecież to nie twój.

— Jakże to? Puścić go na rozbicie? — odpierał Knowles, z wątpliwością w głosie.

— A tak, niech idzie na wolę wiatrów, czort z nim — przekonywał Donkin ze wspaniałą niedbałością.

Tamten, nie zważając na jego ton, medytował:

— Zapas żywności wyjdzie — mruczał — i co?... nigdzie nie dopłynąć... a jakże będzie z zapłatą? — dorzucił, nabierając pewności.

— Jaś lubi dzień, w którym płacą — odezwał się z proga jakiś słuchacz.

— Bo wtedy dziewczęta obejmują cię jedną ręką za szyję, a drugą sięgają ci do kieszeni, nazywając cię najmilszym. Nieprawda, Jasiu?

— Jasiu, z ciebie kat na dziewczęta.