— To się rozumie — rzekł głębokim tonem. Każdy to przecież widzi.

— Ale nie oni — odparł Jimmy, zipiąc jak ryba wyjęta z wody.

— Oh, oni wszystko biorą za dobrą monetę — upewnił Donkin.

— Nie trzeba za bardzo w to wierzyć — upominał Jimmy głosem znękanym.

— W twoją komedyjkę wierzyć? Hę? — uzupełnił Donkin jowialnie... I dodał z nagłym wstrętem:

— Ty myślisz tylko o sobie, dopóki ci szczęście służy...

Wobec tego zarzutu samolubstwa, Dżems Wait podciągnął kołdrę do brody i chwilę leżał cicho z grymasem na czarnych, wydatnych wargach.

— Dlaczego ciebie tak podrywa do kłótni? — spytał bez wielkiego zainteresowania.

— Bo to jest skończone świństwo. Nabrali nas... życie podłe, płaca podła... Chciałbym, żeby się tak zdarzył jaki porządny rozruch — jakaś taka wściekła, diabelna ruchawka, żeby ją popamiętano! Roztrącać ludzi... Po łbie walić... A jakże! Czy jesteśmy bydłem, czy ludźmi?

Płonął cnotliwym oburzeniem. Nagle rzekł najspokojniej: