— Człowiek jest człowiekiem, chociaż i czarny.

— Nie będziemy tego przeklętego statku obsługiwać ze zmniejszoną załogą, jeżeli temu negrowi nic nie brak...

— Sam on powiada, że nic.

— A zatem chłopcy: strajk — strajk!

— Oto najlepsze hasło!

Kapitan Allistoun rzucił drugiemu oficerowi krótkie — „Zachować spokój, panie Creighton” — i stał spokojnie wśród tumultu, przysłuchując się z wielką uwagą tej skłębionej zawierusze szemrań i krzyków; dawał baczenie na każde głośniejsze słowo i na każdy wybuch przekleństw.

Ktoś zatrzasnął kopnięciem drzwi kajuty; ciemność, groźna poszeptem i porykiem głosów, pochłonęła nagle wąski rąbek światła, przeobrażając ciżbę ludzką w tłum gestykulujących, ryczących, gwiżdżących i rechoczących w szale cieniów.

Pan Baker szepnął:

— Niech pan kapitan stąd odejdzie.

Duża postać pana Creightona górowała w milczeniu nad nikłą figurką zwierzchnika.