— Co tu gadać? Jazda na nich!

— Stulcie gęby, młodzież! To rzecz nasza — ludzi poważnych.

— Czyżby?... — mruknął z goryczą kapitan Allistoun. Pan Baker pochrząkiwał:

— Hm! Powariowali. Przez cały miesiąc już coś knuli.

— Widziałem to — odrzekł kapitan.

— A teraz kłócą się pomiędzy sobą — rzucił wzgardliwie pan Creighton — Lepiej niech pan oddali się, panie kapitanie. My ich uspokoimy.

— Nie trać pan równowagi, panie Creighton — rzekł kapitan.

I trójka starszyzny ruszyła z wolna ku drzwiom kajuty.

W cieniu ożaglenia przedniego masztu kłębił się czarny tłum, falował, tupotał, wzbierał, odpływał. Huczały słowa wymówek, podjudzań, niedowierzania, klątw. Starsi majtkowie, zakłopotani i rozłoszczeni, oświadczyli mrukliwie swój zamiar wytrwania jakkolwiek bądź do końca; ale wybujała młodzież roztaczała swoje oraz Jimmy’ego krzywdy w harmidrze krzykliwych argumentów i zbijających się wzajemnie dowodzeń. Cisnęli się dokoła tej ruiny człowieczej, ośrodka i symbolu swoich poczynań i, podniecając się wspólnie, dreptali na miejscu i wrzeszczeli, że nie dadzą się „nabrać”.

W kajucie Belfast pomagał Jimmy’emu wejść na tapczan, dygotał z chętki nieprzeoczenia żadnego szczegółu tej awantury i z trudnością powstrzymywał od łez czułostkowy swój temperament. Dżems Wait leżał na wznak pod kołdrą i jęczał.