— Już my staniemy za tobą, nie bój się — zapewniał go, otulając mu nogi.

— Jutro rano przystąpię do służby — spróbuję — a wy, chłopcy, musicie mi... kapitan czy nie kapitan. Jutro rano wychodzę.

Podniósł z trudnością ramię i musnął dłonią po twarzy.

— Nie puszczaj tu kucharza...

Ledwie dyszał.

— Nie, nie — rzekł Belfast, odwracając się plecami do łóżka — Będzie miał ze mną sprawę, jeśli się zbliży do ciebie.

— Zbiję mu pysk na kwaśne jabłko — rzekł Wait słabym głosem z bezsilną wściekłością — Nikogo nie chcę zabijać, ale...

Zaczął dyszeć szybko, jak zziajany pies, który biegł w słonecznym żarze. W tej chwili ktoś krzyknął za drzwiami: „Taki on chory, jak i każdy z nas”. Belfast położył rękę na klamce.

— Słuchaj no! — zawołał Dżems pośpiesznie, głosem tak donośnym i czystym, że Belfasta aż poderwało. Tamten leżał w oślepiająco białym świetle, czarny i podobny do trupa. Odwrócił głowę na poduszce i wpatrywał się w Belfasta błagalnie i z bezczelnością.

— Zesłabłem od tego długiego leżenia — rzekł wyraźnie.