Belfast przytaknął gestem.

— Teraz całkiem mi dobrze — twierdził Wait.

— To prawda. Widziałem, że ci lepiej w tym... ostatnim miesiącu — przyznał Belfast, spuszczając oczy. — Hola! Co to jest? — krzyknął i wybiegł z kajuty.

Zaraz potknął się o dwa jakieś ciała, które przytłoczyły go do ściany kasztelu. Odbywała się widać jakaś ogólna bijatyka.

Uwolniwszy się z tej opresji, zobaczył trzy niewyraźnie zarysowane postacie, stojące pod dolną krawędzią wielkiego żagla, który wzdymał się nad ich głowami, jak brzuchata nadmurówka wysokiego gmachu.

Donkin syczał:

— Hajda na nich... jest ciemno!

Tłum pchnął się całym cielskiem ku przodowi — nagle stanął. Donkin zwinnie wyśliznął się z kupy i, wywijając prawym ramieniem, jakby wiatrakowym skrzydłem, zatrzymał je raptem, wycelowane sztywno w kierunku trzech głów. Dał się słyszeć furkoczący polot jakiegoś ciężkiego przedmiotu; pocisk przeleciał między dwiema głowami oficerów, odbił się twardo kilka razy o pokład i z grzmiącym łoskotem rąbnął o zasuwę tylnej luki.

Z mroku wyłoniła się masywna postać pana Bakera.

— Ludzie, opamiętajcie się! — krzyknął, idąc na nieruchomo zwarte pospólstwo.