— Nowe państwo z tym niezdarnym dandysem Decoud w roli pierwszego prezydenta — dumał doktor Monygham, piastując w dłoni policzek i kiwając bez ustanku nogą.

— Dalibóg, i czemużby nie? — odparł naczelny inżynier nieoczekiwanie poważnym i poufnym głosem. Zdawało się, jak gdyby jakiś subtelny składnik atmosfery costaguańskiej zaszczepił mu lokalną wiarę w pronunciamientos. Od razu zaczął rozprawiać, jak jakiś doświadczony rewolucjonista, o tym gotowym narzędziu, którym mogłaby się posłużyć nietknięta armia w Caycie. W kilka dni będzie można sprowadzić ją z powrotem do Sulaco, byleby tylko Decoudowi udało się od razu dotrzeć wzdłuż wybrzeża. Na czele wojsk stanąłby Barrios, który od Montera, swego dawniejszego rywala i zaciekłego wroga, może spodziewać się tylko kuli. Współudział Barriosa jest pewny. O ile zaś chodzi o jego armię, to ona również nie może spodziewać się niczego od Montera, nawet miesięcznego żołdu. Z tego punktu widzenia istnienie skarbu miało ogromne znaczenie. Wieść, iż ocalono go przed monterystami, będzie dla wojska z Cayty dostateczną pobudką, by stanęło po stronie nowego państwa.

Doktor się odwrócił i przyglądał się czas jakiś swemu towarzyszowi.

— Ten Decoud, jak widzę, umie przekonywać, chociaż jest jeszcze młody — odezwał się w końcu. — A jego nalegania polegały zapewne na tym, by Charles Gould pozwolił wywieźć cały zapas srebra na morze pod opieką tego jakiegoś Nostroma?

— Charles Gould — rzekł naczelny inżynier — jak zwykle nie uważał za stosowne napomknąć coś więcej o swych pobudkach. Pan wie, że nie lubi mówić. Ale my wszyscy znamy jego powód, a ma go tylko jeden: chodzi mu o bezpieczeństwo kopalni San Tomé i o zachowanie koncesji Gouldów w myśl jego układu z Holroydem. Holroyd jest drugim niepowszednim człowiekiem. Rozumieją wzajemnie swoje sfery wyobraźni. Jeden ma lat trzydzieści, drugi blisko sześćdziesiąt, a są jak stworzeni dla siebie. Być milionerem, i to takim jak Holroyd, to być wiecznie młodym. Śmiałość młodości polega na tym, iż zdaje się jej, że dysponuje nieograniczonym czasem, jednak milioner ma w ręku nieograniczone środki, a to jest lepsze. Długość życia jednostki ludzkiej jest czymś niepewnym, natomiast potęga milionów nie ulega wątpliwości. Zaszczepienie czystych form chrześcijaństwa na tym kontynencie jest mrzonką młodocianego entuzjasty, a usiłowałem już panu wytłumaczyć, dlaczego Holroyd w pięćdziesiątym ósmym roku życia jest niby człowiek, który stoi u jego progu. Nie jest misjonarzem, ale kopalnia San Tomé w tym go wyręcza. Czy pan da wiarę, iż nie mógł się powstrzymać, żeby nie wspomnieć o tej sprawie w czysto rzeczowej konferencji o finansach Costaguany, którą odbył przed laty z sir Johnem? Sir John wspomniał mi o tym ze zdumieniem w liście pisanym w drodze powrotnej, z San Francisco. Daję panu słowo, doktorze, iż rzeczy same w sobie nic nie są warte. Zaczynam wierzyć, iż jedyną rzetelną ich wartością jest treść duchowa, którą każdy z nas odkrywa we właściwej sobie formie działalności...

— Ba! — przerwał doktor, nie przestając kiwać leniwie nogą. — To pochlebstwo w stosunku do siebie samego. Pożywka dla próżności, dzięki której świat nie ustaje w biegu. Ale jak panu się zdaje, co stanie się z skarbem pływającym po zatoce z wielkim capatazem i wielkim politykiem?

— Dlaczego pan tak się o to troszczy, doktorze?

— Ja się troszczę? A cóż mnie to, do diabła, obchodzi? Nie zwykłem wkładać treści duchowej w swe pragnienia, osądy i czyny. Nie są dość przestronne, żeby było w nich miejsce na pochlebstwo w stosunku do samego siebie. Niech pan tylko pomyśli! Bardzo chciałem przynieść ulgę tej biednej kobiecie w jej ostatnich chwilach. I nie mogłem. Było to niepodobieństwem. Czy zajrzał pan kiedyś niepodobieństwu w oczy — a może, niby jakiś Napoleon kolejowy, nie ma pan tego słowa w swym słowniku?

— Czy jest już z nią tak bardzo źle? — spytał naczelny inżynier ze szczerym współczuciem.

Powolnym, ciężkim stąpaniem zatętniła podłoga na piętrze, wsparta na potężnych, wyciosanych z twardego drzewa belkach, które podtrzymywały powałę kuchni. Następnie z ciasnej klatki schodowej, pomieszczonej w grubym murze i tak wąskiej, iż jeden człowiek mógł tam się bronić przeciwko dwudziestu, doleciał szmer dwu głosów, jednego słabego i złamanego i drugiego, który mu odpowiadał, głęboki i łagodny, przytłaczając swym pełniejszym brzmieniem słabszy głos. Obaj mężczyźni pozostawali w głuchym milczeniu aż do chwili, kiedy dźwięki ucichły, po czym doktor wzruszył ramionami i wymamrotał: