— Coraz gorzej. I nic nie mógłbym pomóc, chociażbym teraz poszedł na górę.

Na górze i na dole nastąpiło przewlekłe milczenie.

— Coś mi się zdaje — zaczął inżynier przyciszonym głosem — że pan nie dowierza capatazowi kapitana Mitchella.

— Nie dowierzam mu? — cedził doktor przez zęby. — Moim zdaniem jest zdolny do wszystkiego, nawet do najbardziej niedorzecznej wierności. Pan wie, iż byłem ostatnim człowiekiem, z którym rozmawiał przed opuszczeniem wybrzeża. Biedna kobieta, która kona tam na górze, chciała z nim się widzieć, więc wezwałem go do niej. Nie godzi się sprzeciwiać konającym. Była już taka spokojna i pełna rezygnacji, i oto ten drab w niespełna dziesięć minut zrobił czy powiedział coś takiego, że pogrążył ją w rozpaczy. Pan wie — mówił dalej doktor z wahaniem — iż kobiety we wszystkich okolicznościach i okresach życia są nieobliczalne; zdawało mi się więc nieraz, jak gdyby była w pewien sposób zakochana w tym capatazie. Ten hultaj ma niewątpliwie właściwy sobie wdzięk, gdyż inaczej nie byłby podbił serc całej ludności miejskiej. Nie, nie! Nie mówię głupstw. Może określiłem niewłaściwie to silne uczucie, jakiego doznawała w stosunku do niego. Może to była nierozumna, prosta postawa, jaką kobiety mają emocjonalnie skłonność przybierać w stosunku do mężczyzny. Pomiatała nim nieraz przede mną, co zresztą nie pozostaje w sprzeczności z moim domysłem. Bynajmniej. Zdawało mi się, iż ciągle myśli o nim. Miał wielkie znaczenie w jej życiu. Przyglądałem się tym ludziom. Ilekroć przyjeżdżałem z kopalni, pani Gould prosiła mnie, bym nie spuszczał ich z oka. Ona lubi Włochów; przebywała długo we Włoszech, jak mi się zdaje, i powzięła szczególną sympatię do tego starego Garibaldina. Niezwykły z niego dziwak! Natura twarda i marzycielska, pogrążona w republikanizmie swej młodości niby w jakimś obłoku. Dodawał bodźca mętnym mrzonkom capataza — ten stary, patetyczny, egzaltowany żebrak.

— Jakim mrzonkom? — dziwił się naczelny inżynier. — Moim zdaniem capataz był zawsze bardzo rozgarniętym i wrażliwym człowiekiem, nie znającym trwogi i nadzwyczaj użytecznym. Okazywał się ogromnie przydatny. Sir John, jadąc przez góry z Santa Marta, zachwycał się jego pomysłowością i zapobiegliwością. Później, jak pan zapewne wie, oddał nam niemałą przysługę, gdyż zawiadomił ówczesnego naczelnika policji o obecności kilku zawodowych złodziei, którzy przybyli z daleka do miasta, żeby ograbić nasz pociąg wiozący pieniądze na miesięczne wypłaty. Z wielką umiejętnością zorganizował dla Towarzystwa Oceanicznej Żeglugi Parowej służbę przewozową w porcie. Umie wzbudzić posłuch, chociaż jest cudzoziemcem. Co prawda cargadores są tu również cudzoziemcami — przybyszami, isleños222.

— Jego sława jest jego fortuną — mruknął doktor niechętnie.

— Człowiek ten dowiódł swej rzetelności w niezliczonych okolicznościach i w najrozmaitszy sposób — dowodził inżynier. — Gdy chodziło o to srebro, kapitan Mitchell oświadczył bardzo gorąco, iż jego capataz jest jedynym człowiekiem, któremu można zaufać. Oczywiście jako marynarzowi. Bo jeżeli chodziło o człowieka, to trzeba panu wiedzieć, iż Gould, Decoud i ja sam byliśmy zdania, że wszystko jedno, kto popłynie. Równie dobrze mógł to uczynić pierwszy lepszy żeglarz. Bo, proszę pana, cóż może złodziej począć z takim mnóstwem srebra? Gdyby z nim uciekł, musiałby w końcu gdzieś wylądować i czy zdołałby je ukryć przed oczyma mieszkańców wybrzeża? Wprost niepodobna było brać pod rozwagę takiej możliwości, zwłaszcza, że popłynął z nim Decoud. Bywały okoliczności, w których znacznie bardziej polegało się na dobrej woli capataza.

— On patrzył na to nieco inaczej — powiedział doktor. — Słyszałem, jak tu, w tej izbie, oświadczył, iż będzie to najrozpaczliwsza wyprawa jego życia. Wygłosił w mej obecności coś w rodzaju ostatniej woli i wyznaczył starego Violę na jej wykonawcę. Dalibóg, pan wie, iż nie wzbogaciła go ta jego wierność w stosunku do was, do ludzi z portu i z kolei! Zdaje mi się, iż wynagrodzeniem za jego prace bywają — jakby to powiedzieć? — jakieś wartości duchowe, gdyż inaczej nie umiałbym sobie wytłumaczyć, co za licho go skłania do tej wierności względem pana, Goulda, Mitchella lub kogokolwiek innego. On dobrze poznał ten kraj. Wie, na przykład, iż taki Gamacho, poseł z Javiry, był najpospolitszym tramposo223, małym kramarzem z Campo, który wyłudził na kredyt trochę towarów od Anzaniego, otworzył sklepik w dzikich stronach i został wybrany przez pijanych mozos, którzy czepiają się estancji, oraz przez zadłużonych u niego, najuboższych rancheros. A Gamacho, który jutro będzie prawdopodobnie wysokim naszym dostojnikiem, jest również cudzoziemcem, isleño. Byłby został cargadorem T.O.Ż.P., gdyby swej kariery życiowej nie był zaczął od tego, iż zamordował jakiegoś wędrownego kramarza w lasach i ukradł mu pakunek (co posadero z Rincon gotów jest stwierdzić przysięgą). A czy panu się zdaje, że taki Gamacho mógłby tu zostać bohaterem ludowym, jak nasz capataz? Na pewno nie. Nie dorósł mu do pięt. Nie! Stanowczo ten Nostromo musi mieć bzika.

Gadanina doktora mierziła budowniczego kolei.

— Nie ma co o tym rozprawiać — rzekł filozoficznie. — Każdy człowiek ma swoje uzdolnienia. Szkoda, że pan nie słyszał, jak Gamacho przemawiał do swych zwolenników na ulicy. Mówił, jak gdyby wył, i krzyczał jak opętany, wywijając zaciśniętą pięścią nad głową i wychylając się do połowy ciała z okna. Tłuszcza stojąca na dole ryczała co chwili: „Precz z oligarchami! Viva la libertad!”. Fuentes, który znajdował się wewnątrz pokoju, wyglądał przy tym nadzwyczaj marnie. Pan wie, iż jest on bratem Jorge Fuentesa, który przed kilku laty był przez pół roku ministrem spraw wewnętrznych. To człowiek bez sumienia, ale pochodzi z dobrej rodziny i jest nieźle wykształcony. W swoim czasie był dyrektorem ceł w Caycie. Ten idiotyczny bydlak, Gamacho, przyczepił się do niego wraz ze swą ciżbą najpodlejszego motłochu. Doprawdy, trudno wyobrazić sobie coś zabawniejszego niż jego chorobliwa trwoga przed tym opryszkiem.