Podniósł się z ławy i podszedł do drzwi, by zerknąć na port.
— Jest spokojnie — powiedział. — Ciekaw jestem, czy Sotillo naprawdę zamierza tu przybyć.
Rozdział II
Kapitan Mitchell, przechadzając się po nabrzeżu, zadawał sobie to samo pytanie. Wciąż jeszcze zachodziła wątpliwość, czy właściwie zrozumiano telegrafistę z Esmeraldy, którego ostrzeżenie dotarło fragmentarycznie i z przerwami. Mimo to ten zacny człowiek postanowił nie kłaść się przed świtem, a może i wcale. Wyobrażał sobie, iż oddał ogromną przysługę Charlesowi Gouldowi. Myśląc o ocalonym srebrze, zacierał ręce z zadowoleniem. Z właściwą sobie prostodusznością był dumny, iż wziął udział w tej nadzwyczaj mądrze pomyślanej wyprawie. Dzięki niemu przybrała ona formę praktyczną, gdyż to on poddał pomysł, że będzie można przechwycić na morzu parowiec płynący na północ. Było to z korzyścią także dla przedsiębiorstwa, któremu służył, postradałoby bowiem cenny ładunek, gdyby skarb pozostał na lądzie i uległ konfiskacie. Niemała była też jego przyjemność z rozczarowania, jakie oczekiwało monterystów. Kapitan Mitchell nie był demokratą, gdyż właściwy mu temperament oraz długie przyzwyczajenie do wydawania rozkazów rozwinęły w nim poczucie włądzy. Posuwał się tak daleko, iż nie skrywał swej pogardy nawet dla parlamentaryzmu.
— Jego ekscelencja, don Vincente Ribiera — mawiał — którego ja i Nostromo mieliśmy szczęście i zaszczyt ocalić od okrutnej śmierci, był nazbyt uległy w stosunku do kongresu. To był błąd, stanowczy błąd, panie.
Prostoduszny stary marynarz, zwierzchnik T.O.Ż.P., wyobrażał sobie, iż ostatnie trzy dni wyczerpały już do dna zasób zdumiewających niespodzianek w politycznym życiu Costaguany. Wyznawał potem, że późniejsze wypadki przekroczyły jego wyobraźnię. Zaczęło się od tego, iż Sulaco (skutkiem przejęcia kabli i dezorganizacji żeglugi parowców) przez całe dwa tygodnie było odcięte od reszty świata jak oblężona twierdza.
— Po prostu nie do wiary, a jednak tak było, panie. Przez całe dwa tygodnie.
Opowiadania o niesłychanych zdarzeniach z owych czasów oraz o potędze wrażeń, jakich doświadczył, nabierały komicznego wyrazu z powodu pretensjonalności, która zabarwiała jego gawędę. Rozpoczynał stale od zapewnienia, iż „od początku do końca tkwił w sednie rzeczy”. Następnie opowiadał, jak wyprawiono srebro i jak nie mógł pozbyć się obawy, by „jego człowiek”, który miał pokierować lichtugą, nie popełnił jakiegoś głupstwa. Chodziło nie tylko o utratę drogocennego kruszcu, ale także o życie miłego, zamożnego i światłego dżentelmena, señora Martina Decouda, który mógł wpaść w ręce swych politycznych nieprzyjaciół. Kapitan Mitchell przyznawał również, iż czuwając samotnie na wybrzeżu, ulegał niejakiej trosce o przyszłość całego kraju.
— Uczucie — tłumaczył — najzupełniej zrozumiałe u człowieka, który umie być wdzięczny za niejedną uprzejmość, jakiej doznał od najznakomitszych rodzin kupieckich oraz od innych niezależnych miejscowych dżentelmenów. Zaledwie ocaleni przez nas z rąk motłochu, mieli, jak mi się zdawało, postradać swe majętności i stać się pastwą żołdactwa, które, jak wiadomo, podczas wojen domowych zwykło po barbarzyńsku postępować z mieszkańcami. Poza tym chodziło o oboje Gouldów, o męża i o żonę, do których czułem gorącą sympatię, wywołaną ich zacnością i gościnnością. Obawiałem się też o los dżentelmenów z klubu „Amarilla”, którzy mianowali mnie członkiem honorowym i okazywali mi stale wiele względów i życzliwości, mając na uwadze zarówno mą godność agenta konsularnego, jak zaszczytne stanowisko kierownika w służbie wielkiego przedsiębiorstwa żeglugi parowej. Nie ukrywam, iż martwiłem się bardzo o pannę Antonię Avellanos, najpiękniejszą i najmilszą młodą osobę, z jaką kiedykolwiek miałem szczęście rozmawiać. Musiałem się też dobrze zastanowić, w jaki sposób zmiany na stanowiskach urzędniczych odbiją się na interesach naszego przedsiębiorstwa. Słowem, byłem bardzo niespokojny i ogromnie znużony tymi podniecającymi i wiekopomnymi wypadkami, w których po trosze wziąłem udział. Budynek Towarzystwa, w którym mieszkałem, znajdował się w odległości zaledwie pięciu minut drogi. Nęciła mnie kolacja, no i mój hamak (mam zwyczaj sypiać w hamaku, gdyż jest to najodpowiedniejsze posłanie w tym klimacie). Nie byłem w stanie nikomu przyjść z pomocą, a jednak nie mogłem odejść z nabrzeża, gdzie potykałem się wprost ze zmęczenia. Noc była nadzwyczaj ciemna, najciemniejsza, jakiej zaznałem w moim życiu, toteż pomyślałem sobie, iż z powodu utrudnionej żeglugi w zatoce transportowiec z Esmeraldy nie będzie mógł przybyć przed świtem. Moskity cięły jak wściekłe. Byliśmy tu udręczeni przez moskity, zanim nie poczyniono odpowiednich zarządzeń. Jest to plugastwo właściwe tutejszemu portowi, słynne ze swej zjadliwości. Unosiły się jak obłok nad moją głową i tylko dzięki ich dokuczliwości nie zdrzemnąłem się podczas tej przechadzki i nie padłem jak kłoda na ziemię. Paliłem cygaro po cygarze, nie tyle z upodobania do tego zielska, ile z obawy, by nie zagryzły mnie na śmierć. Otóż kiedy po raz dwudziesty przybliżałem mój zegarek do jarzącego się końca, by zobaczyć, która godzina, i stwierdziłem ze zdziwieniem, że jest za dziesięć minut dwunasta, usłyszałem dźwięk śruby okrętowej. Jest to niezawodne ostrzeżenie dla ucha marynarza podczas takiej spokojnej nocy. Odgłos był słaby, ponieważ płynęli nadzwyczaj wolno i ostrożnie, zarówno z powodu ciemności, jak i z obawy, byśmy ich zawczasu nie zauważyli. Ostrożność ta była najzupełniej zbyteczna, gdyż jestem przekonany, iż na wybrzeżu tej ogromnej zatoki nie było prócz mnie żywej duszy. Nawet stróże nocni, przepłoszeni rozruchami, nie przychodzili już od pewnego czasu na swe stanowiska. Rzuciłem cygaro i przydeptawszy je, stałem nieruchomo jak posąg, co zapewne bardzo podobało się moskitom, o ile mogłem sądzić o tym następnego ranka z wyglądu mej twarzy. Ale była to drobnostka w porównaniu z brutalnym postępowaniem, którego w stosunku do mnie dopuścił się Sotillo. Coś wprost niesłychanego, proszę pana! Raczej wybryki jakiegoś maniaka niż czyn człowieka zdrowego, chociażby nawet wyzutego ze wszelkiego poczucia przyzwoitości i honoru. Ale Sotillo był wściekły, że złodziejski plan mu się nie udał.
Kapitan Mitchell miał słuszność. Sotillo był istotnie rozwścieczony. Jednak kapitana Mitchella nie aresztowano od razu. Ciekawość skłoniła go do pozostania na nabrzeżu (które ma około czterystu stóp długości), aby zobaczyć, a raczej aby usłyszeć, jak będzie odbywało się lądowanie. Ukryty za drezyną kolejową, którą przywieziono srebro, a następnie odsunięto ku przybrzeżnemu krańcowi pomostu, kapitan Mitchell dostrzegł mały oddział, który ruszył naprzód i rozsypał się w różnych kierunkach po równinie. Tymczasem wojska wylądowały i sformowały kolumnę, której czoło, posuwając się stopniowo naprzód, zajęło niemal całą szerokość pomostu i znalazło się zaledwie o kilka jardów od niego. Następnie głuche pomruki, szczękania i szemrania ustały i cała ta masa czekała z godzinę nieruchomo i w milczeniu na powrót zwiadowców. Od strony lądu dolatywały tylko posępne ujadania brytanów strzegących składów kolejowych, przyciszonym szczekaniem odpowiadały im bezpańskie psy, wałęsające się na krańcach miasta. Gromadka ciemnych postaci stała na przedzie, oddzielona od czoła kolumny.