Po pewnym czasie wartownik na końcu pomostu zaczął półgłosem wzywać do podania hasła pojedyncze postacie, które zbliżały się od strony równiny. Powracający wysłannicy oddziałów zwiadowczych szybko mijali swych towarzyszy, zbywając ich krótkimi słowami, i gubili się w wielkiej, nieruchomej masie, by zdać raport przełożonym. Kapitan Mitchell zaczął właśnie zdawać sobie sprawę, że to jego położenie może stać się nieprzyjemne, a nawet niebezpieczne, gdy wtem na przyczółku mola rozległ się okrzyk komendy, zagrała trąbka, szczęknęła broń, szmer przeleciał wzdłuż szeregów. W pobliżu czyjś donośny głos rzucił pospieszny rozkaz: „Odsunąć ten wagon z drogi!”. Słysząc tupot bosych stóp, spieszących, by wykonać polecenie, kapitan Mitchell odskoczył o dwa kroki w tył, a wagon, pchnięty nagle siłą wielu ramion, odtoczył się od niego po szynach. Zanim zrozumiał, co się stało, już go otoczono, pochwycono za ramiona i kołnierz płaszcza.
— Pojmaliśmy jakiegoś człowieka, który tu się ukrywał, mi teniente224! — krzyknął któryś z jego prześladowców.
— Trzymajcie go, dopóki nie przejdzie straż tylna — odpowiedział głos. Cała kolumna biegiem minęła kapitana Mitchella, a gromki tupot nóg ucichł nagle, gdy ludzie dobiegli do wybrzeża. Prześladowcy trzymali go mocno, nie zważając na jego donośne oświadczenia, że jest Anglikiem i że żąda, aby go natychmiast zaprowadzono do dowódcy. W końcu pogrążył się w wyniosłym milczeniu. Na deskach pomostu rozległ się głuchy łoskot kół; toczyło się kilka dział polowych, popychanych ludzkimi rękami. Za nimi wśród brzęku stalowych pochew przeszedł niewielki oddział, eskortujący cztery czy pięć postaci ludzkich, które kroczyły przodem. W końcu wzięto go pod ramiona i poprowadzono z pomostu do Urzędu Celnego. Niestety można przypuszczać, że podczas tego pochodu kapitan Mitchell doznał pewnych zniewag ze strony żołnierzy: potrącano go, bito w kark, szturchano lufami karabinów między łopatki. Ich pojęcie o pośpiechu nie pozostawało w zgodzie z jego poczuciem godności własnej. Zakipiał z gniewu, poczerwieniał, ale był zupełnie bezsilny. Zdawało się mu, iż zbliża się koniec świata.
Długi budynek otaczało wojsko, które już ustawiło karabiny w kozły i układało się do spoczynku na swych ponchos, mając tornistry za wezgłowie. Kaprale chodzili z rozkołysanymi latarniami, ustawiając warty przy wszystkich drzwiach i otworach w murach. Sotillo wydał takie rozporządzenia, jak gdyby wewnątrz rzeczywiście znajdowały się skarby. Chęć zdobycia fortuny jednym śmiałym pociągnięciem wzięła w nim górę nad rozsądkiem. Nie chciał uwierzyć w możliwość niepowodzenia, najlżejsza wzmianka o czymś podobnym zalewała mu mózg wściekłością. Każda niepomyślna okoliczność wydawała się mu nieprawdopodobna. Opowiadania Hirscha, które zadawało fatalny cios jego nadziejom, nie wziął zupełnie pod rozwagę. Co prawda, Hirsch opowiadał tak bezładnie i z tak widocznymi oznakami pomieszania, że jego słowa rzeczywiście raziły nieprawdopodobieństwem. Było niezmiernie trudno dorozumieć się z nich początku i końca. Na pokładzie parowca, bezpośrednio po jego ocaleniu, Sotillo i inni oficerowie, pałając podnieceniem i niecierpliwością, nie pozostawili temu biedakowi ani chwili na zebranie odrobiny przytomności, która mu jeszcze pozostała. Należało go wpierw uspokoić, pokrzepić, ułagodzić, tymczasem przemawiano doń groźnie, obchodzono się z nim srogo, bito go i popychano. Jego drgawki, jego łaszenia się i przyklękania, po których następowały opętańcze skoki, jak gdyby koniecznie chciał się rzucić w morze, jego wrzaski, kurczenie się i dzikie spojrzenia napełniły ich zrazu zdumieniem, lecz wkrótce nasunęły im podejrzenia co do jego dobrej woli, gdyż ludzie zawsze zwykli podejrzewać nieszczerość w każdym zapamiętałym przejawie uczuć. Język hiszpański tak mu się poplątał z niemiecczyzną, iż więcej niż połowa jego opowieści była najzupełniej niezrozumiała. Chciał ich przebłagać, nazywając ich hochwohlgeborene Herren225, co brzmiało nader podejrzanie. Gdy go upominano surowo, by nie kręcił, powtarzał znów swe błagania i zapewnienia o swej rzetelności i niewinności, uporczywie po niemiecku, nie zdając sobie sprawy, jakim mówi językiem. Wiedziano oczywiście doskonale, że jest mieszkańcem Esmeraldy, ale to bynajmniej nie rozwiązywało sprawy. Zapomniawszy nazwiska Decouda, pomieszał go z innymi osobami, które spotkał w Casa Gould, i wywołał wrażenie, jak wszyscy oni znajdowali się również na lichtudze. Sotillo przez chwilę mógł mniemać, iż zatopił wszystkich wybitnych ribierzystów ze Sulaco. Nieprawdopodobieństwo tego faktu podało w wątpliwość całą opowieść. Hirsch albo był obłąkany, albo udawał trwogę i roztargnienie, grając na zwłokę, by ukryć prawdę. Łapczywość Sotilla, podniecona do najwyższego stopnia nadzieją olbrzymiego łupu, nie chciała wierzyć w przeciwności. Być może, iż ten Żyd był rzeczywiście przerażony wypadkiem, który go spotkał, ale wiedział, gdzie schowano srebro, i z żydowską przebiegłością zmyślał tę opowieść, by zupełnie zmylić mu tropy.
Sotillo zakwaterował się na piętrze w wielkiej komnacie o potężnych, czarnych belkach. Nie było tam pułapu i oko gubiło się w mrokach pod wysokimi wiązaniami dachu. Ciężkie okiennice stały otworem. Na długim stole widniał wielki kałamarz, kilka uszkodzonych i umazanych atramentem piór oraz dwie kwadratowe drewniane skrzynki, z których każda zawierała pół centnara226 piasku. Arkusze szarego, szorstkiego papieru kancelaryjnego leżały rozrzucone na podłodze. Było to widocznie miejsce urzędowania jakiegoś wyższego urzędnika celnego, gdyż za stołem stał wielki, obity skórą fotel oraz kilka krzeseł o wysokich oparciach. Z jednej z belek zwieszał się wygodny hamak, zapewne urzędnik odbywał w nim swą popołudniową sjestę. Kilka świec w wysokich żelaznych lichtarzach jaśniało mdłym, czerwonawym światłem. Między nimi leżał kapelusz, szabla i rewolwer pułkownika. Kilku zaufanych oficerów rozwaliło się posępnie dokoła stołu. Sam pułkownik siedział na fotelu, a ogromny Murzyn z odznakami sierżanta na podartym rękawie klęczał przed nim i zdejmował mu buty. Hebanowoczarny wąs Sotilla silnie kontrastował z bladością jego twarzy. Chmurne oczy jakby zapadły się w głąb głowy. Wydawał się być wyczerpany swymi rozterkami, znużony od rozczarowań, ale kiedy wartownik, który stał na schodach, wsunął głowę przez drzwi i oznajmił o przybyciu jeńca, odżył natychmiast.
— Wprowadzić go tu! — wrzasnął groźnie.
Drzwi otwarły się na oścież i kapitan Mitchell, z obnażoną głową, z porozpinaną kamizelką, z węzłem krawata gdzieś pod uchem, wpadł do pokoju.
Sotillo poznał go od razu. Drogocenność tej zdobyczy przeszła jego oczekiwania. Oto miał człowieka, który może mu powiedzieć, jeżeli zechce, wszystko, o co mu chodziło. I od razu przyszło mu na myśl pytanie, w jaki sposób będzie go można najłatwiej skłonić do szczerych zeznań. Gniew ze strony obcego państwa nie przeważał Sotilla. Potęga całej zbrojnej Europy nie byłaby uchroniła kapitana Mitchella przed obelgami i zniewagami, gdyby nie nagła refleksja Sotilla, że ma do czynienia z Anglikiem, który przy złym traktowaniu najpewniej się uprze i całkiem nie będzie można sobie z nim poradzić. Na wszelki wypadek pułkownik rozpogodził zachmurzone czoło.
— Co to? Szanowny señor Mitchell! — zawołał z udaną zgrozą. Tak spiesznie podbiegł z pozornym gniewem i tak rozkazująco krzyknął: — Puścić mi natychmiast tego caballera — iż zdumieni żołnierze odskoczyli od swego jeńca. Pozbawiony w ten sposób przymusowego oparcia, kapitan Mitchell zatoczył się i omal nie upadł. Sotillo wziął go poufale pod ramię, posadził na krześle, po czym skinął ręką w głąb pokoju. — Wyjdźcie stąd wszyscy! — rozkazał.
Gdy odeszli, stał, spoglądając w niepewności i w milczeniu, i czekał, aż kapitan Mitchell odzyska mowę.