Oto miał w swych szponach jednego z ludzi, którzy zajmowali się wywiezieniem srebra. Zgodnie ze swoim temperamentem Sotillo czuł ochotę, żeby go pobić, podobnie jak kiedyś, podczas trudnych targów o pożyczkę z przezornym Anzanim, swędziały go palce, by chwycić kramarza za gardło. Zaś kapitan Mitchell nie mógł po prostu zebrać myśli z powodu nagłości, niespodziewaności oraz istnej niepojętości zdarzeń. Przy tym dosłownie zabrakło mu tchu.

— Po drodze trzy razy przewrócono mnie na ziemię — wystękał w końcu. — Ktoś za to odpowie! — Istotnie potykał się parę razy i wleczono go, zanim znów nie stanął na nogach. Przyszedłszy do siebie, zapamiętał się po prostu z oburzenia. Zerwał się na równe nogi, purpurowy, ze zjeżonym siwym włosem i mściwymi płomykami w źrenicach, potrząsając łachmanami poszarpanej kamizelki przed zmieszanym Sotillem. — Niech pan spojrzy! Ci pańscy umundurowani złodzieje z dołu ukradli mi zegarek.

Wygląd starego marynarza był bardzo groźny. Sotillo zdał sobie sprawę, że nie ma dostępu do stołu, na którym leżała jego szabla i rewolwer.

— Żądam zwrotu i przeprosin! — piorunował Mitchell zapamiętale. — Od pana! Tak jest, od pana!

Przez jedno mgnienie pułkownik stał jak skamieniały; kiedy jednak kapitan Mitchell zamachnął się ręką ku stołowi, jakby chciał chwycić rewolwer, Sotillo z okrzykiem przerażenia skoczył do drzwiom i znikł jak błyskawica, zatrzaskując je za sobą. Pod wpływem zdumienia wściekłość kapitana Mitchella przycichła. Sotillo wrzasnął za zamkniętymi drzwiami i wkrótce rozległ się donośny łomot nóg po drewnianych schodach.

— Rozbroić go! Związać go! — huczał głos pułkownika.

Kapitan Mitchell ledwie zdążył zerknąć na okna, jak wiedział, każde zakratowane trzema żelaznymi, prostopadłymi prętami i znajdujące się dwadzieścia stóp ponad ziemią, gdy drzwi się otworzyły i żołnierze rzucili się na niego. W nieprawdopodobnie krótkim czasie przywiązano go do krzesła rzemieniem w ten sposób, iż tylko głowa pozostała wolna. Dopiero wówczas do pokoju odważył się wejść Sotillo, który przedtem stał w drzwiach, trzęsąc się widocznie. Żołnierze odeszli, pozbierawszy z podłogi karabiny, które porzucili, by ręcznie zmagać się z jeńcem. W pokoju pozostali oficerowie, wsparci na swych szablach.

— Zegarek! zegarek! — szalał pułkownik, rzucając się jak tygrys w klatce. — Oddać mi zegarek tego człowieka!

Kapitanowi Mitchellowi, zanim go postawiono przed Sotillem, rzeczywiście zabrano w sieni, na dole, zegarek z łańcuszkiem, niby to szukając broni. Ale przedmiot znalazł się natychmiast na wezwanie pułkownika i jakiś kapral przyniósł go, trzymając ostrożnie w złożonych dłoniach. Sotillo porwał zegarek i trzymając go w zaciśniętej pięści, zaczął nim wymachiwać wokół twarzy kapitana Mitchella.

— Co teraz, ty bezczelny Angliku! Śmiałeś naszych żołnierzy nazywać złodziejami? Masz tu swój zegarek!