Zamachnął się pięścią, jakby chciał uderzyć jeńca w nos. Kapitan Mitchell, bezsilny jak dziecko w powijakach, spoglądał niespokojnie na złoty chronometr, wartości sześćdziesięciu gwinei227, który przed laty otrzymał w darze od Towarzystwa Asekuracyjnego za ocalenie pewnego okrętu od pożaru. Sotillo również zauważył wartość przedmiotu. Umilkł nagle, podszedł do stołu i zaczął starannie oglądać zegarek przy blasku świec. Oficerowie skupili się dokoła niego i zaglądali spoza jego pleców, wyciągając szyje.
Tak bardzo się zainteresował, że na chwilę zapomniał o swym jeńcu. Jest zawsze coś dziecinnego w drapieżności namiętnych, a trzeźwo myślących ras południowych, pozbawionych mglistego idealizmu ludzi z Północy, którzy przy najlżejszej zachęcie marzą co najmniej o podboju świata. Sotillo przepadał za klejnotami, złotymi cackami, osobistymi ozdobami. Po chwili odwrócił się i rozkazującym gestem odsunął precz swych oficerów. Położył zegarek na stole, po czym niedbałym ruchem przykrył go swym kapeluszem.
— Ha! — zaczął na nowo, podszedłszy bardzo blisko do krzesła. — Śmiesz nazywać naszych dzielnych żołnierzy z pułku Esmeraldy złodziejami? Ty śmiesz? Co za bezczelność! Wy, cudzoziemcy, przyjeżdżacie tutaj, by ograbiać nasz kraj z jego bogactw. Nigdy nie macie dosyć. Wasze zuchwalstwo nie zna granic.
Rzucił okiem w stronę oficerów, między którymi wszczął się potakujący szmer. Stary major uznał za właściwe oświadczyć:
— Si, mi colonel228. Oni wszyscy są zdrajcami.
— Nie wspomnę już — mówił dalej Sotillo, spoglądając na nieruchomego i bezsilnego Mitchella złym, niespokojnym spojrzeniem. — Nie wspomnę już o zdradzieckiej próbie pochwycenia mojego rewolweru i zastrzelenia mnie w chwili, kiedy obchodziłem się tobą z taką uprzejmością, na jaką nie zasłużyłeś. Sam siebie zgubiłeś. Jedyną twoją nadzieją jest moja łaskawość.
Śledził, jakie wrażenie wywarły jego słowa, ale na twarzy kapitana Mitchella nie dopatrzył się żadnych oznak strachu. Jego siwe włosy były pełne kurzu, który pokrywał również resztę jego bezbronnej postaci. Nie dbając o usłyszane słowa, ściągnął brew, by pozbyć się źdźbła słomy, które się w nią wplątało.
Sotillo wysunął nogę naprzód i podparł się pod boki.
— To ty jesteś złodziejem — odezwał się z naciskiem — a nie moi żołnierze. — Wyciągnął ku swemu jeńcowi palec o długim paznokciu kształtu półksiężyca. — Gdzie jest srebro z kopalni San Tomé? Pytam ciebie, Mitchell, gdzie jest srebro, które znajdowało się tu, w tym Urzędzie Celnym? Odpowiedz mi na moje pytanie! Ukradłeś je. Wziąłeś udział w jego kradzieży. Skradliście je rządowi. Aha! Zdaje ci się, że nie wiem, co mówię. Znam ja się na waszych cudzoziemskich wybiegach! To srebro wywieziono. Czy nie? Wywieziono je na jednej z twoich lanchas229, ty łajdaku! Jak śmiałeś?
Tym razem wywołał wrażenie. „Skąd, u licha, Sotillo może o tym wiedzieć?” — myślał Mitchell. Nagłe drgnięcie głowy, tej jedynej części ciała, którą mógł poruszyć, zdradziło jego zdumienie.