— I nie przejmowaliście się tym, żaden z was, caballeros, którzy byliście w porcie, nie dbał o los człowieka, człowieka z krwi i kości jak wy, kiedy już wysłaliście go w szaleńcze przedsięwzięcie, które nie mogło skończyć się dobrze.
— Zapomina pan, capatazie, że nie byłem w porcie. I że nie pochwalałem tego przedsięwzięcia. Niech mi pan nie wymawia. Mówię panu, że niewiele mieliśmy czasu myśleć o zmarłych. Śmierć czyhała na nas wszystkich. Pana nie było.
— Nie było mnie istotnie — wtrącił Nostromo. — A dlaczego? Niech mi pan powie?
— Ach, to pańska rzecz — odparł doktor szorstko. — Niech mnie pan nie pyta!
Ich przyciszona rozmowa zamarła w ciemności. Siedząc na brzegu stołu, lekko odwróceni od siebie, czuli, że dotykają się ramionami, a ich oczy pozostawały utkwione w stężałej postaci, niemal zanikającej w mrocznej głębi pokoju. W upiornym bezruchu, ze zwieszoną głową i barkami, zdawała się czyhać na każde ich słowo.
— Muy bien! — wymruczał w końcu Nostromo. — Niech tak będzie. Teresa miała rację. To moja sprawa.
— Teresa umarła — zauważył doktor z roztargnieniem, gdyż jego myśli podążyły nowym szlakiem pod wpływem faktu, który można było nazwać powrotem Nostromo do życia. — Umarła, biedaczka.
— Bez księdza? — spytał capataz z niepokojem.
— Co za pytanie! Któż mógł sprowadzić do niej księdza tej nocy?
— Niech Bóg zmiłuje się nad jej duszą! — wybełkotał Nostromo z posępną i beznadziejną żarliwością. Zanim zdążyła zdziwić doktora Monyghama, capataz powrócił już do poprzedniego wątku i mówił dalej złowróżbnym tonem: — Si, señor doctor. To moja sprawa, jak pan powiedział. Rozpaczliwa, zaiste, sprawa.