— Nie drugiego człowieka w tej części świata, który by potrafił ocalić się wpław, jak to pan zrobił — rzekł doktor z podziwem.
I znów zaległo między nimi milczenie. Obaj rozmyślali, a odmienność ich natur sprawiała, że ich myśli, poczęte z wzajemnego spotkania, odbiegały daleko od siebie. Doktor, który pod wpływem swej życzliwości dla Gouldów dał się skłonić do niebezpiecznego działania, z wdzięcznością zastanawiał się nad łańcuchem wydarzeń, dzięki któremu capataz powrócił do Sulaco. Ten człowiek mógł oddać wielkie usługi w sprawie ocalenia kopalni San Tomé. Doktor przywiązał się do kopalni. W jego pięćdziesięcioletnich oczach przybierała ona postać drobnej kobiety w miękkiej sukni z trenem, z główką ujmująco obciążoną gęstymi zwojami jasnych włosów, kobiety o wrażliwym wnętrzu, drogocennej wartości moralnej, przejawiającej się w każdym jej zachowaniu, kobiety-klejnotu, kobiety-kwiatu. Gdy wokół kopalni San Tomé zaczęły narastać niebezpieczeństwa, złudzenie to nabrało mocy, trwałości i powagi. Opętało go w końcu. To opętanie, rozpłomienione wyrzeczeniem się w duchu zwykłych nadziei i nagrody, uczyniło indywidualność doktora Monyghama, jego myśli i działania nadzwyczaj niebezpiecznymi dla niego samego i dla innych, wszystkie bowiem jego skrupuły zanikły w dumnym poczuciu, iż jego oddanie jest jedyną rzeczą, która stoi pomiędzy uwielbioną kobietę a straszliwym nieszczęściem.
Było to niby jakieś zatrucie, które go czyniło zupełnie obojętnym na los Decouda, ale pozwalało jego umysłowi należycie oceniać jego polityczną ideę. Pomysł był dobry, a Barrios był jedynym narzędziem do jego urzeczywistnienia. Dusza doktora, zwiędła i skurczona od hańby moralnego poniżenia, stała się teraz nieubłagana w wielkim przypływie swej opiekuńczości. Powrót Nostroma był opatrznościowy. Nie myślał o nim z ludzką życzliwością jako o bliźnim, który dopiero co wyrwał się ze szponów śmierci. Capataz był dla niego jedynym możliwym człowiekiem, którego można posłać do Cayty. Najodpowiedniejszym człowiekiem. Mizantropijna niewiara doktora w ludzi (tym przykrzejsza, że wypływająca z własnego upadku), nie wydźwignęła go dostatecznie ponad powszechne słabości. Ulegał urokowi ustalonej reputacji. Wysławianej przez kapitana Mitchella, rozdętej przez powtarzanie i utrwalonej w powszechnym przeświadczeniu wierności Nostroma, doktor Monygham nigdy nie podawał w wątpliwość jako faktu. Tym bardziej nie mógł powątpiewać o niej teraz, kiedy rozpaczliwie sam jej potrzebował. Doktor Monygham był człowiekiem jak inni: przyjmował po prostu powszechne przeświadczenie o nieskazitelności capataza, ponieważ żadne słowo ani żaden fakt nie zaprzeczały nigdy temu twierdzeniu. Prawość wydawała się cząstką tego człowieka jak jego wąsy lub zęby. Nie można było go sobie bez niej wyobrazić. Chodziło tylko o to, czy podejmie się tego niebezpiecznego i rozpaczliwego poselstwa. Doktor był wystarczająco spostrzegawczy, by zauważyć coś niezwykłego w usposobieniu tego człowieka. Była to zapewne zgryzota z powodu utraty srebra.
„Trzeba mu będzie okazać całkowite zaufanie” — rzekł do siebie, dość przenikliwie wglądając w charakter człowieka, z którym miał do czynienia.
Po stronie Nostroma milczenie było pełne czarnej niepewności, gniewu i niedowierzania. Mimo to przerwał je pierwszy.
— Pływanie nie było wielką rzeczą — przemówił. — Chodzi o to, co było przedtem... i co będzie potem...
Nie skończył tego, co zamierzał powiedzieć, i urwał nagle, jakby jego myśl natknęła się na jakąś potężną przeszkodę. Umysł doktora z makiaweliczną przebiegłością podążał za swym planem. Rzekł z całym współczuciem, na jakie było go stać:
— To fatalne, capatazie. Ale nikomu nie przyszło na myśl ganić pana z tego powodu. To bardzo fatalne! Przede wszystkim nie należało wywozić tego skarbu z gór. Ale to Decoud, który... no, już nie żyje. Nie trzeba o nim mówić.
— Nie — przyznał Nostromo, gdy doktor się zawahał — nie trzeba mówić o umarłym. Ale ja jeszcze żyję.
— Ma pan słuszność. Tylko człowiek tak nieustraszony jak pan mógł się ocalić.