W tym doktor Monygham był szczery. Bardzo cenił sobie nieustraszoność tego człowieka, o którym poza tym nie miał wysokiego mniemania, rozczarowany w ogóle do ludzi z powodu pewnych okoliczności, w których zawiodło go własne człowieczeństwo. Zetknąwszy się w okresie swego wykolejenia z wieloma fizycznymi niebezpieczeństwami, zdał sobie dokładnie sprawę z najgroźniejszego czynnika wspólnego im wszystkim: mianowicie z miażdżącego, ubezwładniającego poczucia ludzkiej małości, które jest tym, co w rzeczywistości łamie człowieka zmagającego się z siłami przyrody samotnie, z dala od oczu swych towarzyszy. Był wyjątkowo przygotowany do ocenienia duchowego obrazu, jaki wytworzył sobie o capatazie, który po długotrwałym wysiłku i obawach, rzucony nagle w otchłań wód i ciemności, z dala od ziemi i nieba, stawił jej czoło nie tylko z niezmąconym umysłem, lecz także z oczywistym powodzeniem. Wiedziano wprawdzie, iż był on niezrównanym pływakiem, ale doktor był zdania, iż ta okoliczność świadczyła o jeszcze większej nieustraszoności ducha. Podobało się mu to i dobrze wróżyło o powodzeniu trudnej misji, którą miał zamiar powierzyć capatazowi, tak cudownym sposobem przywróconemu do stanu użyteczności. Więc tonem lekko zachęcającym zauważył:

— Musiało być straszliwie ciemno!

— To była największa ciemność, jaka kiedykolwiek zalegała zatokę — przytaknął capataz zwięźle. Złagodniał, gdyż zdawało mu się, że słowa doktora są oznaką pewnego zainteresowania niebezpieczeństwami, z którymi miał do czynienia, i dorzucił kilka opisowych zdań z udawaną, skąpą niedbałością. Czuł się w tej chwili skłonny do zwierzeń. Oczekiwał kolejnych przejawów tego zainteresowania, które bez względu na to, czy byłyby przyjęte czy odrzucone, przywróciłyby mu jego osobowość, tę jedyną rzecz, którą postradał w tej rozpaczliwej wyprawie. Jednak doktor, pochłonięty swoim własnym desperackim przedsięwzięciem, był okropny, podążając za swymi myślami. Wymknął się mu okrzyk ubolewania:

— Prawie żałuję, że nie zaczął pan krzyczeć i nie dał znaku światłem.

To nieoczekiwane oświadczenie zdumiało capataza swoim zimnokrwistym okrucieństwem. Znaczyło ono to samo, co: „Żałuję, że nie okazał się pan tchórzem; żałuję, że nie poderżnięto panu gardła za pańskie trudy”. Naturalnie odniósł do siebie to, co było stosowane tylko do srebra i wypowiedziane prosto, z wieloma niedomówionymi zastrzeżeniami. Zdumienie i wściekłość zamknęły mu usta, zaś doktor mówił dalej, niesłuchany w istocie przez Nostroma, któremu wzburzona krew tętniła gwałtownie w uszach.

— Jestem bowiem przekonany, że Sotillo, zawładnąwszy srebrem, byłby zawrócił na miejscu i popłynął do któregoś z małych zagranicznych portów. Pod względem ekonomicznym byłaby to strata, ale większą jest stratą, że srebro zatonęło. Najlepiej było mieć je na podorędziu w jakimś pewnym miejscu i użyć go do przekupienia Sotilla. Ale wątpię, czy don Carlos mógłby się pogodzić z tą myślą. On się nie jest stworzony do Costaguany, to fakt, capatazie!

Capataz powściągnął wściekłość, która jak nawałnica zahuczała mu w uszach, w samą porę, by usłyszeć imię don Carlosa. Wydawał się teraz odmienionym człowiekiem, człowiekiem, który przemówił w zadumie łagodnym, równym głosem:

— A czy don Carlos byłby zadowolony, gdybym oddał ten skarb w ręce wroga?

— Nie zdziwiłbym się, gdyby wszyscy myśleli teraz o tej sprawie w ten sposób — rzekł doktor chmurnie. — Ale nie pytano mnie o zdanie. Decoud miał własny pogląd. Mniemam, iż obecnie oczy im się otwarły. Wiem tylko, iż gdyby teraz to srebro jakimś cudem powróciło na wybrzeże, oddałbym je Sotillowi. I wiem, że przy obecnym stanie rzeczy spotkałbym się za to z uznaniem.

— Powróciło jakimś cudem — powtórzył capataz bardzo cicho, po czym podniósł głos. — Zaiste, señor, byłoby to takim cudem, że nie zdołałby go dokonać żaden święty.