— Wierzę panu, capatazie — rzekł doktor oschle.
I zaczął roztaczać swój pogląd na niebezpieczny wpływ Sotilla na sytuację. Zaś capataz, przysłuchując się jak we śnie, czuł się równie mało znaczący jak ta niewyraźna, nieruchoma sylwetka trupa, który wisiał pod belką, jak gdyby również nadsłuchując, zlekceważony i zapomniany niby okropny przykład zaniedbania.
— Czyż więc zwrócili się do mnie dla jakiegoś nieprzemyślanego, głupiego kaprysu? — przerwał nagle. — Czyż nie uczyniłem dla nich dosyć, żeby się ze mną liczono, por Dios? Czy hombres finos, jaśnie panowie, myślą tylko tak długo o człowieku z ludu, jak długo gotów jest on dla nich narażać ciało i duszę? A może my nie mamy duszy, jak psy?
— Był również Decoud ze swym planem — przypomniał mu znów doktor.
— Si! A także ten bogacz w San Francisko, który ma coś wspólnego z tym skarbem — co ja tam wiem? Nie! Słyszałem już za wiele. Zdaje mi się, że bogaczom wszystko wolno.
— Rozumiem, capatazie — zaczął doktor.
— Co za capataz? — wtrącił Nostromo mocnym, lecz równym głosem. — Capataz przepadł, jest zniszczony. Nie ma capataza. O, nie! Nie znajdziecie już capataza.
— Niechże pan nie będzie dzieckiem! — upomniał go doktor, zaś on uspokoił się nagle.
— Byłem rzeczywiście jak małe dziecko — mruknął.
Wzrok jego natknął się znów na zwłoki, wiszące w straszliwym znieruchomieniu, jakby bez skargi zakrzepły w wytężonej uwadze, i zapytał z łagodnym zdziwieniem: