— Po co Sotillo torturował tego żałosnego nieszczęśnika? Czy pan wie? Żadna tortura nie mogła być dla niego gorsza od strachu. Zabójstwo mógłbym pojąć. Przykro było patrzeć na jego strach. Ale dlaczego go tak męczył? Przecież on nie mógł już powiedzieć nic więcej.
— Nie; nie mógł już powiedzieć nic więcej. Każdy człowiek o zdrowych zmysłach byłby to zauważył. Powiedział mu wszystko. Ale ja panu powiem, o co chodziło. Sotillo nie chciał wierzyć w to, co on powiedział. Nie we wszystko.
— W co takiego nie chciał wierzyć? Nie rozumiem.
— A ja rozumiem, bo się z nim zetknąłem. Nie chce uwierzyć, że skarb przepadł.
— Co takiego? — zawołał capataz zmienionym głosem.
— Czy to pana dziwi, hę?
— Czy mam rozumieć, señor — mówił dalej Nostromo rozważnym i jakby czujnym tonem — że Sotillo sądzi, iż skarb został w jakiś sposób ocalony?
— Nie! Nie! To byłoby niemożliwe — odparł doktor z przekonaniem, na co odezwało się w ciemności chrząknięcie Nostroma. — To byłoby niepodobieństwem! On myśli, iż srebra nie było już na lichtudze, kiedy zatonęła. Wmówił w siebie, iż przedstawienie z wywiezieniem srebra na morze urządzono tylko po to, by wyprowadzić w pole Gamacha wraz z jego gwardzistami, Pedrita Montera, señora Fuentesa, naszego nowego jéfé politico, no i jego samego. Ale, powiada, nie jest taki głupi.
— Pomieszały mu się klepki we łbie! To największy dureń, jaki był kiedykolwiek pułkownikiem w tym przeklętym kraju — zżymał się Nostromo.
— Nie jest bardziej nierozumny od wielu rozsądnych ludzi — rzekł doktor. — Wmówił w siebie, że skarb można odnaleźć, ponieważ sam namiętnie pragnie go posiadać. Przy tym obawia się, żeby jego oficerowie go nie porzucili i nie przeszli do Pedrita, z którym nie śmie walczyć, a nie ma odwagi mu zaufać. Czy pojmuje pan to, capatazie? Dopóki istnieje bodaj cień nadziei, że ten olbrzymi łup da się odszukać, nie potrzebuje obawiać się dezercji. A uznałem, że w moim interesie jest, żeby tę nadzieję podtrzymywać.