— Rzeczywiście, to nadzwyczajny pomysł — wymamrotał doktor.

Si! Powie mu pan to, a zobaczymy, czy nie uwierzy! Całymi dniami będzie się wściekał i gryzł, a jednak będzie wierzył. Nie będzie myślał o niczym innym. Nie ustanie, aż go stąd nie przepędzą, a może nawet zapomni pana zabić. Nie będzie jadł ani spał. Nie...

— W tym właśnie sęk! W tym właśnie sęk! — powtórzył doktor podnieconym szeptem. — Capatazie, zaczynam wierzyć, że jest pan na swój sposób geniuszem.

Nostromo zamilkł, po czym zaczął znów zmienionym, posępnym tonem, mówiąc do siebie, jakby zapomniał o obecności doktora:

— Jest w takim skarbie coś, co czepia się duszy ludzkiej. Będzie się modlił i bluźnił, a wytrwa. Będzie przeklinał dzień, w którym o nim usłyszał, i ani się obejrzy, kiedy mu wybije jego ostatnia godzina, a wciąż będzie mu się zdawało, że przeoczył go tylko o piędź258. Będzie mu się zwidywał nawet przy zamkniętych oczach. Nie zapomni o nim aż do śmierci i nawet potem... Słyszał pan kiedyś, panie doktorze, o nieszczęsnych gringos na Azuerze, którzy nie mogą umrzeć? Ha, ha! Marynarze, podobnie jak ja. Nie, niepodobna pozbyć się skarbu, gdy raz uczepi się duszy ludzkiej.

— Istny z pana diabeł, capatazie. To najlepszy pomysł!

Nostromo ujął go za ramię.

— Będzie to dla niego gorsze niż pragnienie na morzu lub głód w mieście pełnym ludzi. Czy wie pan, co to jest? Będzie znosił straszniejsze męki od tych, które zadał temu wystraszonemu biedakowi, który nie wpadł na żaden pomysł. Żaden! Żaden! Nie tak jak ja. Ja bym był opowiedział Sotillowi zabójczą bujdę przy najsłabszym bólu.

Zaśmiał się dziko i odwrócił się w drzwiach ku zwłokom señora Hirscha, ciemnej, wydłużonej bryle w na wpół przejrzystej ciemności pokoju, pomiędzy dwoma wysokimi równoległobokami okien pełnych gwiazd.

— Człowieku strachu! — krzyknął. — Zostaniesz pomszczony przeze mnie, Nostroma! Z drogi, doktorze! Z drogi, albo, na cierpiącą duszę kobiety, która skonała bez spowiedzi, uduszę cię własnymi rękoma.