Zbiegł na dół, do czarnej, zadymionej hali. Doktor chrząknął ze zdumienia i bez namysłu rzucił się za nim w pogoń. U podnóża osmalonych schodów przewrócił się i upadł na twarz z taką siłą, iż byłby stracił przytomność, gdyby nie był opętany troską miłości i poświęcenia. Podniósł się w okamgnieniu, wstrząśnięty, z dziwacznym wrażeniem, iż kula ziemska zwaliła mu się w ciemności na głowę. Nie był to jednak wstrząs dość potężny, by zatrzymać ciało doktora Monyghama, owładnięte zapamiętaniem poświęcenia, zapamiętaniem wyrozumowanym, które postanowiło nie zaniedbać żadnej sprzyjającej okoliczności, jaka mogłaby się nadarzyć. Biegł, kulejąc, na złamanie karku, wymachując ramionami jak skrzydłami wiatraka, by utrzymać równowagę na swych okaleczałych nogach. Zgubił kapelusz, a poły jego porozpinanego płaszcza polatywały za nim. Nie chciał stracić z oczu niezbędnego człowieka. Trwało to jednak długo i daleko odbiegł od Urzędu Celnego, zanim zdołał, zadyszany, chwycić go gwałtownie z tyłu za ramię.
— Stój pan! Czyś pan zwariował?
Nostromo szedł już powoli, ze zwieszoną głową, jak gdyby jego kroki hamowało znużenie niezdecydowaniem.
— O co panu chodzi? Ach, zapomniałem, że jestem panu do czegoś potrzebny. Siempre259 Nostromo!
— Co pan miał na myśli, mówiąc, że mnie pan udusi? — wydyszał doktor.
— Co miałem na myśli? Myślałem, że sam szatan wysłał pana z tego miasta tchórzy i gadułów, żeby pan się spotkał ze mną tej nocy, której nie zapomnę do samej śmierci.
Na tle gwiaździstego nieba zamajaczyła „Albergo d’Italia Una”, wydźwigając się czarną, niską bryłą z mrocznego poziomu niziny. Nostromo zatrzymał się.
— Księża powiadają, że on jest kusicielem, nieprawdaż? — dodał przez zaciśnięte zęby.
— Plecie pan głupstwa, mój panie! Diabeł nie ma nic do tego. I Ani nie ma to miasto, które pan może lżyć, jak się panu podoba. Ale don Carlos Gould nie jest ani tchórzem, ani gołosłownym gadułą. Czy pan to uznaje? — Zamilkł w oczekiwaniu. — Więc?
— Czy mogę się widzieć z don Carlosem?