— Na miłość Boską! Nie! Dlaczego? Po co? — zawołał doktor wzburzony. — Powiadam panu, że to szaleństwo. Za nic nie pozwolę panu pójść do miasta.
— Muszę.
— Wcale pan nie musi! — zawołał doktor wściekle, nie posiadając się niemal z trwogi, by ten człowiek nie zmarnował się wraz z swą użytecznością dla jakiegoś niedorzecznego kaprysu. — Powiadam panu, że pan nie może. Wolałbym raczej...
Zamilkł, nie mogąc znaleźć już słów. Wyczerpany, bezsilny, trzymał Nostroma za rękaw. Potrzebował koniecznie wytchnienia po pościgu.
— Jestem zdradzony! — mruknął capataz do siebie, zaś doktor, który dosłyszał ostatnie słowo, zdobył się na wysiłek, by rzec spokojnie:
— Właśnie to by się stało! Byłby pan zdradzony.
Z chorobliwym przerażeniem myślał, iż ten człowiek jest nazbyt powszechnie znany, żeby go nie poznano. Dom señora administradora był niewątpliwie osaczony przez szpiegów. A nawet służbie w Casa nie było można dowierzać.
— Niech pan się zastanowi, capatazie — rzekł natarczywie. — Z czego pan się śmieje?
— Śmieję się, bo przyszło mi na myśl, że gdyby ktoś nie życzył sobie mojej obecności w mieście, rozumie mnie pan, señor doctor, gdyby ktoś wydał mnie Pedritowi, to nawet z nim potrafiłbym się zaprzyjaźnić. To prawda. Co pan o tym myśli?
— Jest pan człowiekiem o niewyczerpanej pomysłowości — rzekł doktor Monygham ponuro. — Przyznaję. Ale miasto trzęsie się od plotek o panu, a ci nieliczni cargadorzy, którzy nie ukryli się razem z kolejarzami, wykrzykiwali przez cały dzień na plaza: „Viva Montero!”