Doktor Monygham nie chcąc lub może lękając się przeniknąć znaczenie milczenia Nostroma, poklepał go z lekka po ramieniu i po kilku podrygach swego śpiesznego, kulawego chodu w kierunku toru kolejowego znikł zupełnie sprzed oczu. Zatrzymawszy się między dwoma drewnianymi palami, które służyły do przywiązywania koni, Nostromo stał, jakby wbity w ziemię równie mocno jak one. Dopiero po upływie pół godziny podniósł głowę, usłyszawszy zaciekłe ujadanie psów na terenach kolejowych. Wszczęło się nagłym zgiełkiem, przygłuszone, jakby dobiegało spod ziemi. Kulawy doktor o złym oku prędko stanął u celu.

Nostromo krok po kroku zbliżał się do „Albergo d’Italia Una”, która nigdy przedtem nie była taka głucha i ciemna. Drzwi wejściowe, majaczące czarno w bladej ścianie, stały otworem, jak je pozostawił przed dwudziestu czterema godzinami, kiedy jeszcze niczego nie potrzebował ukrywać przed światem. Zatrzymał się przed nimi jak zbieg, jak człowiek zdradzony. Ubóstwo, niedola, nędza! Gdzie on słyszał te słowa? Gniew konającej kobiety przepowiedział ten los jego szaleństwu. Zdawało mu się, że ta przepowiednia sprawdzi się bardzo rychło. „Nawet leperos będą się śmiali” — powiedziała. Tak, będą się śmiali, gdy się dowiedzą, że capataz de cargadores jest na łasce zwariowanego doktora, który jeszcze przed paru laty kupował za miedziaki gotowaną strawę w kramie na plaza, jak jeden z nich.

W tej chwili wpadła mu do głowy myśl, żeby zajść do kapitana Mitchella. Spojrzał w kierunku mola i dostrzegł nikły odblask światła w budynku Towarzystwa Oceanicznej Żeglugi Parowej. Myśl o oświetlonych oknach nie była zbyt pociągająca. Nie! Nie podejdzie po raz drugi tej nocy do oświetlonych okien! Tam jest kapitan Mitchell. I co mu powiedzieć? Ten doktor wyciągnąłby z niego, co zechce, jakby był dzieckiem.

Na progu zawołał półgłosem:

— Giorgio! — Wszedł do wnętrza. — Olá, viejo!261 Jesteście tutaj? — W nieprzeniknionym mroku zdawało mu się w jego oszołomionej głowie, że ta ciemna kuchnia jest równie bezmierna jak Zatoka Placido i że podłoga zagłębia się pod nim jak tonąca lichtuga. — Olá, viejo! — zabełkotał powtórnie, chwiejąc się na nogach. Dłoń, którą wyciągnął szukając podpory, natrafiła na stół. Postąpił krok do przodu z wyciągniętą ręką i macając, poczuł pod palcami pudełko zapałek. Wydało się mu, iż słyszy spokojne westchnienie. Nadsłuchiwał chwilę z zapartym tchem, po czym drżącymi dłońmi spróbował zapalić zapałkę.

Cienkie drewienko zabłysło oślepiająco na końcu jego ręki, podniesionej do zmrużonych oczu. Skoncentrowany blask padł na lwią, białą głowę Giorgia, siedzącego obok czarnej czeluści pieca kuchennego. Zapatrzony nieruchomo przed siebie, pochylał się w fotelu, otoczony stłoczonymi, wielkimi zwałami cienia. Nogi miał skrzyżowane, policzek wsparty na dłoni, wygasłą fajkę w kąciku ust. Zdawało się, iż minęły długie godziny, zanim zdążył odwrócić twarz. W tej samej chwili zapałka zgasła i znikł, przytłoczony mrokiem, jakby ściany i dach opustoszałego domu zwaliły się w upiornej ciszy na jego białą głowę.

Nostromo usłyszał, że starzec się poruszył i spokojnie wyszeptał:

— To pewnie przywidzenie.

— Nie — rzekł łagodnie — to nie przywidzenie, ojcze.

Silny głos, dobyty z głębi piersi, zapytał w ciemności: