— Czy to ty mówisz, Giovann’ Battista?

Si, viejo. Spokojnie. Nie tak głośno.

Po wypuszczeniu przez Sotilla Giorgio Viola, odprowadzony przez zacnego naczelnego inżyniera do samych drzwi, powrócił do domu, który zmuszono go opuścić niemal w chwili zgonu jego żony. Zalegała cisza. Na górze paliła się lampa. Omalże nie zawołał żony po imieniu, lecz myśl, że na żadne wołanie nie odpowie już brzmienie jej głosu, zwaliła go ciężko na fotel. Zajęczał głośno z głębokiego bólu, jakby ostrze przeszyło mu pierś.

Przez resztę nocy nie odezwał się ani razu. Ciemność przedzierzgnęła się w szarzyznę i na tle bezbarwnego, jasnego, szklistego brzasku zębate szczyty Sierry zarysowały się płasko i nieprzejrzyście, jak wycięte z papieru.

Entuzjastyczna, surowa dusza Giorgia Violi, marynarza, bojownika uciśnionej ludzkości, wroga królów i — dzięki łaskawości pani Gould — właściciela gospody w porcie w Sulaco, zstąpiła w rozwartą otchłań rozpaczy wśród podruzgotanych szczątków swej przeszłości. Wspomniał swoje zaloty między jedną wyprawą wojenną a drugą, jeden krótki tydzień w porze zrywania oliwek. Powadze uniesienia tamtych dni dorównywało tylko głębokie, namiętne poczucie poniesionej straty. Uświadomił sobie ogrom swojej zależności od głosu tej kobiety, głosu, który umilkł na zawsze. Jej głosu brakowało mu najbardziej. Roztargniony, zajęty, pogrążony w wewnętrznych rozmyślaniach, w ostatnich latach rzadko przypatrywał się żonie. Myśl o dziewczynkach była dla niego troską, nie pocieszeniem. Jej głosu będzie mu brakowało najbardziej. I przypomniało się mu jeszcze inne dziecko, synek, który umarł na morzu. Ach, mężczyzna to istota, na której można się oprzeć. A niestety, nawet Gian’ Battista, o którym, razem z Lindą, z taką troską mówiła jego żona, zanim zapadła w swój ostatni sen na ziemi, którego przed samą śmiercią wzywała na cały głos, by ratował dzieci — nawet on nie żył!

I starzec, pochyliwszy głowę w dłonie, przesiedział cały dzień w bezruchu i samotności. Nie zwrócił nawet uwagi na spiżowy dźwięk dzwonów miejskich. Gdy dźwięk ten ucichł, woda w glinianym cedzidle, które stało w rogu kuchni, wszczęła znów swe śpieszne, melodyjne szmery, sącząc się do podstawionego wielkiego dzbana.

Pod wieczór wstał i powolnymi ruchami zaczął wchodzić na schody, niknąć w wąskiej klatce schodowej. Wypełnił ją swą postacią, a ocieranie się jego ramion wywoływało nikły szmer, podobny do chrobotania myszy pod tynkiem ściany. Gdy przebywał na piętrze, dom pogrążał się w grobowej ciszy. Potem z tym samym nikłym szmerem zszedł na dół. Musiał się chwytać krzeseł i stołów, by zasiąść na dawnym miejscu. Zdjął fajkę z wysokiego gzymsu nad kominkiem, lecz nie próbował nawet sięgnąć po tytoń. Wetknąwszy ją w kącik ust, usiadł znów w tej samej, zapatrzonej postawie. Słońce, które widziało wjazd Pedrita do Sulaco, ostatnie, jakie przyświecało señorowi Hirschowi, i pierwsze, jakie powitało osamotnienie Decouda na Wielkiej Izabeli, przeszło ponad „Albergo d’Italia Una”, chyląc się ku zachodowi. Słodkie kapanie wody z cedzidła ustało, lampa na piętrze zgasła i noc spowiła Giorgia Violę z jego martwą żoną w milczenie i ciemność, które zdawały się niepokonane do chwili, kiedy capataz de cargadores, powróciwszy z krainy zmarłych, zmusił je do ucieczki potarciem i zamigotaniem zapałki.

Si, viejo. To ja. Poczekajcie.

Nostromo, zabarykadowawszy drzwi i zamknąwszy starannie okiennice, znalazł po omacku na półce świecę i zapalił ją.

Stary Viola wstał z fotela. Podążał oczyma w ciemności za odgłosami wywoływanymi przez Nostroma. Światło ukazało starca stojącego bez oparcia, jak gdyby sama obecność wiernego, dzielnego, nieskazitelnego człowieka, który był wszystkim tym, czym mógł być jego syn, starczyła za podporę jego podupadłych sił.