Wyciągnął rękę trzymającą fajkę z wrzoścowego drzewa, zwęgloną na krawędzi, i mocno ściągnął krzaczaste brwi przed światłem.

— Wróciłeś — odezwał się z chropowatą godnością. — Ach, bardzo dobrze! Ja...

Urwał. Nostromo, który stał oparty o stół, z rękoma skrzyżowanymi na piersiach, skinął ku niemu z lekka.

— Myśleliście, że utonąłem! Nie! Najlepszy pies bogaczy, arystokratów, tych jasnych panów, którzy umieją tylko gadać i okłamywać lud, jeszcze nie zdechł.

Garibaldino, stojąc nieruchomo, zdawał się chłonąć brzmienie tego dobrze znanego głosu. Poruszył z lekka głową, jakby przytakując, ale Nostromo zdawał sobie jasno sprawę, że starzec niczego nie rozumie z jego słów. Nie było nikogo, kto by to rozumiał, nikogo, komu można by było zwierzyć się z losów Decouda, z jego własnych losów, z tajemnicy srebra. Doktor był wrogiem ludu, kusicielem...

Potężna postać starego Giorgia drgnęła od stóp do głowy z wysiłku, by opanować wzruszenie wywołane widokiem człowieka, który dzielił z nim rodzinne życie, jakby był jego rodzonym synem.

— Wierzyła, że wrócisz — rzekł uroczyście.

Nostromo podniósł głowę.

— Mądra z niej była kobieta. Jakże bym mógł nie powrócić?... — dokończył w myśli: „Skoro mi przepowiedziała ubóstwo, niedolę i nędzę”. Te gniewne słowa Teresy ze względu na okoliczności, w jakich zostały wypowiedziane, niby krzyk duszy, której nie pozwolono pojednać się z Bogiem, rozbudziły drzemiący w nim przesąd dotyczący osobistego powodzenia, od którego nawet najwięksi geniusze wśród awanturników i ludzi czynu rzadko kiedy są wolni. Oddziaływał on na umysł Nostroma z potęgą przemożnej klątwy. Jakimże brzemieniem przekleństwa obarczyły go te słowa! Osierocony w tak wczesnym wieku, iż nie pamiętał żadnej innej kobiety, którą by nazywał matką. Nie poszczęści mu się odtąd w żadnym przedsięwzięciu. Urok już działał. Nawet śmierć będzie go omijała...

Przemówił porywczo: