— Dalej, viejo! Dajcie mi coś do zjedzenia. Jestem głodny! Sangre de Dios! Od pustego brzucha kręci mi się w głowie.
Broda znów opadła mu na nagą pierś nad skrzyżowanymi ramionami, stał boso, śledząc spod zachmurzonych brwi ruchy starego Violi, który przetrząsał szafy. Wyglądał, jakby naprawdę był obarczony klątwą, odarty ze szczęścia, złowrogi capataz.
Stary Viola wyszedł z ciemnego kąta i nie mówiąc ani słowa, wysypał na stół ze stulonych dłoni kilka zeschniętych skórek chleba i połówkę nadwiędłej cebuli.
Podczas gdy capataz zaczął pochłaniać tę żebraczą strawę, biorąc kawałek po kawałku z nieruchomymi od żarłoczności oczyma, Garibaldino oddalił się i przykucnąwszy w drugim kącie, napełnił gliniany dzbanek czerwonym winem z oplecionego sitowiem gąsiora. Swobodnym gestem, jak kiedy usługiwał swym gościom w kawiarni, włożył fajkę do ust, by mieć wolne ręce.
Capataz pił chciwie. Lekki nalot rumieńca pogłębił brązowość jego policzków. Viola, stojąc przed nim, odwrócił swą białą, potężną głowę w stronę schodów, wyjął fajkę z ust i zaczął mówić powoli:
— Po tym strzale oddanym tu, na dole, który zabił ją tak celnie, jakby kula trafiła w jej skołatane serce, wołała cię, żebyś ratował dzieci. Ciebie, Gian’ Battisto!
Capataz podniósł oczy.
— Czy naprawdę tak wołała, padrone? Żebym ratował dzieci? Są u angielskiej señory, ich bogatej dobrodziejki. Ej, stary synu ludu! Twoja dobrodziejka...
— Tak, stary jestem — zamamrotał Giorgo Viola. — Pewna Angielka postarała się, iż dano łóżko Garibaldiemu, który był wtedy ranny i znajdował się w więzieniu. To był największy człowiek, jaki kiedykolwiek żył. Także pochodził z ludu, i też był marynarzem. Inna Angielka zapewniła mi dach nad głową. Si... jestem stary. Trzeba było się zgodzić. Życie czasem trwa za długo.
— A ona sama może za kilka dni nie mieć dachu nad głową, chyba że ja... Co wy na to? Czy powinienem utrzymać dach nad jej głową? Czy powinienem spróbować... i wraz z nią ocalić wszystkich blancos?