— Uczynisz to — odparł stary Viola mocnym głosem. — Uczynisz to, jak uczyniłby mój syn...

— Wasz syn, viejo!... Nigdy nie było człowieka takiego jak wasz syn. Ha, trzeba spróbować... Ale jeśli to tylko część przekleństwa, żeby mnie zwabić?... Mówicie, że wzywała mnie, żebym ratował... A potem?...

— Nie powiedziała już nic więcej. — Bohaterski towarzysz Garibaldiego na myśl o wiekuistej cichości i milczeniu, które spowiły postać otuloną w całuny na śmiertelnym łożu, odwrócił twarz i podniósł dłoń do pobrużdżonego czoła. — Umarła, zanim zdążyłem uchwycić jej ręce — wyjąkał żałośnie.

Przed rozszerzonymi źrenicami capataza, wpatrzonymi w mrok klatki schodowej, zamajaczył kształt Wielkiej Izabeli, podobny do jakiegoś dziwnego okrętu w niebezpieczeństwie, który wiezie niezmierzone skarby i jedno samotne życie ludzkie. Nie mógł nic dla niego zrobić. Nie można było nikomu zaufać, więc mógł tylko trzymać język za zębami. Skarb prawdopodobnie by przepadł, gdyby Decoud... I jego myśl nagle się urwała. Pojął, iż zupełnie nie potrafi sobie wyobrazić, co Decoud mógłby zrobić.

Stary Viola nie drgnął. Nieruchomy capataz opuścił swe długie, jedwabiste rzęsy, które górnej części jego zuchwałej, okolonej czarnym zarostem twarzy nadawały rys kobiecego wdzięku. Milczenie trwało długo.

— Boże, bądź miłościw jej duszy! — szepnął posępnie.

Rozdział X

Ranek następnego dnia upłynął spokojnie. Tylko z północy, hen, od strony Los Hatos, dolatywały głuche odgłosy strzelaniny. Kapitan Mitchell przysłuchiwał się im trwożnie ze swego balkonu. „W mym drażliwym położeniu jedynego podówczas agenta konsularnego w tym porcie wszystko, panie, wszystko dawało powód do uzasadnionych obaw” — to zdanie powtarzało się w mniej lub więcej stereotypowej relacji o „historycznych wypadkach”, którą przez parę następnych lat miewał stale na usługi wybitniejszych cudzoziemców odwiedzających Sulaco. Z kolei następowała wzmianka o godności i neutralności bandery, której tak trudno było strzec na jego stanowisku „w samym sednie tych wydarzeń, między bezprawiem rozbójniczego opryszka Sotilla a prawidłowiej zorganizowaną, lecz nie mniej okrutną tyranią jego ekscelencji don Pedra Montera”. Kapitan Mitchell nie lubił zbytnio się rozwodzić nad niebezpieczeństwami. Natomiast kładł nacisk na to, że był to dzień pamiętny. Pod wieczór owego dnia zobaczył „tego mojego, biednego chłopca Nostroma. Był to marynarz, którego odkryłem i który po prostu był moim dziełem, panie. Wsławił się swą jazdą do Cayty, panie. Dalibóg, historyczne zdarzenie, panie!”

Ceniony w Towarzystwie Oceanicznej Żeglugi Parowej jako stary i oddany urzędnik, kapitan Mitchell osiągnął godnie i wygodnie kres swej użyteczności, stojąc na czele niezmiernie rozwiniętego przedsiębiorstwa. Rozrost działalności, całe zastępy urzędników, biuro w mieście, dawne biuro w porcie, podział na departamenty: podróżniczy, ładowniczy, przewozowy itd. — wszystko to pozwoliło mu pod koniec życia spokojniej odetchnąć w odrodzonym Sulaco, stolicy Republiki Zachodniej. Lubiany przez miejscową ludność z powodu swej dobroduszności i uprzejmości, prostoduszny i pewny swojego znaczenia, znany od lat jako „przyjaciel naszego kraju”, uważał się za niepoślednią osobistość w mieście. Wstawał wcześnie, by przejść się po placu targowym, kiedy olbrzymi cień Higueroty padał jeszcze na barwny przepych kwiatów i owoców, piętrzących się stertami na kramach; brał udział sprawach bieżących; utrzymywał stosunki towarzyskie; witał się z paniami na alamedzie, miał wstęp do wszystkich klubów i bywał stale w Casa Gould — słowem nader dostojnie i wygodnie wiódł życie starego kawalera, człowieka rozrywanego w towarzystwach. Za to w dnie, kiedy przybywały pocztowce, już od wczesnego ranka był w porcie na własnej łodzi, z załogą ubraną w biało-błękitne barwy, gotowy przyjąć okręt, gdy tylko pojawi się we wrotach portu.

Uprzywilejowanego podróżnego przywoził swą łodzią do portowego biura i zapraszał, by spoczął na chwilę, zanim nie podpisze kilku papierów. Siedząc przy pulpicie, kapitan Mitchell nie przerywał uprzejmej pogawędki: