— Mamy niewiele czasu, jeżeli pan chce zobaczyć wszystko w jeden dzień. Wyjdziemy za chwilę. Zjemy śniadanie w klubie „Amarilla”, chociaż ja należę do anglo-amerykańskiego klubu inżynierów górniczych i biznesmenów, wie pan, i do „Mirliflores”, to nowy klub zrzeszający Anglików, Francuzów i Włochów i tym podobnych ludzi, przeważnie miłych, młodych chłopców, którzy zechcieli uczcić starego rezydenta, panie. Ale śniadanie zjemy w „Amarilli”. Sądzę, że pana zainteresuje. Osobliwość tego kraju! Ludzie z najznakomitszych rodzin. Bywa tam nawet prezydent Zachodniej Republiki. Na patio starożytny, piękny biskup z obtłuczonym nosem. Moim zdaniem cenny zabytek sztuki rzeźbiarskiej. Cavaliere Parochetti — pan zna Parochettiego, słynnego rzeźbiarza włoskiego? — pracował tu dwa lata — wielce cenił naszego starego biskupa. No, już! Jestem całkowicie do pańskich usług.
Dumny ze swej znajomości rzeczy, przeniknięty poczuciem historycznej ważności ludzi, zdarzeń i budynków, mówił z namaszczeniem, urywanymi zdaniami, wymachując z lekka swym krótkim, grubym ramieniem, by nic „nie uszło uwagi” jego uprzywilejowanego jeńca.
— Jak pan widzi, buduje się mnóstwo. Przed odłączeniem się była to równina porośnięta spaloną trawą i nurzająca się w obłokach kurzu. Przecinał ją trakt, którym zaprzężone w woły wozy jeździły do naszego mola. Nic więcej. Oto prama portowa. Malownicza, nieprawdaż? Dawniej kończyło się tu miasto. Wyjeżdżamy teraz na Calle de la Constitution. Proszę przyjrzeć się tym starym hiszpańskim domom. Co za dostojność, prawda? Sądzę, iż wygląda obecnie tak samo jak za czasów wicekrólów, z wyjątkiem bruku. Mamy teraz drewnianą kostkę. A tam Narodowy Bank Sulaco z budkami strażniczymi po obu stronach bramy. Po tej stronie Casa Avellanos. Wszystkie okiennice na dole pozamykane. Mieszka tam niezwykła kobieta: panna Avellanos, piękna Antonia. Co to za charakter, panie! Historyczna kobieta! Naprzeciw — Casa Gould. Szlachetna brama wjazdowa. Tak, to ci Gouldowie z koncesji Gouldów, znanej obecnie całemu światu. Mam siedemnaście akcji, po tysiąc dolarów każda, Zjednoczonych Kopalni San Tomé. To drobne oszczędności całego mojego życia, ale wystarczą na wygodne utrzymanie, gdy trzeba będzie ustąpić z urzędu. Jak pan widzi, urządziłem już sobie mieszkanie na parterze. Don Carlos, to mój wielki przyjaciel. Siedemnaście akcji — wcale ładny spadek pozostanie po mnie! Mam siostrzenicę, poślubiła duchownego, bardzo godny człowiek, proboszcz małej parafii w Sussex, dzieci bez liku! Nigdy nie byłem żonaty. Marynarz powinien zaprzeć się siebie. Stojąc pod tą oto bramą z kilkoma młodymi inżynierami przygotowującymi się do obrony domu, w którym nie szczędzono im nigdy łaskawości i gościnności, widziałem pierwszy i ostatni atak jeźdźców Pedrita na wojska Barriosa. Zdobyły już bramę portową. Monteryści nie zdołali się oprzeć nowym karabinom, sprowadzonym przez tego biednego Decouda. Ogień był zabójczy. W okamgnieniu ulicę zawaliły stosy trupów ludzkich i końskich. Nie zaatakowali już po raz drugi.
I przez cały dzień kapitan Mitchell rozwodził się w podobny sposób przed swą mniej czy więcej chętną ofiarą:
— Plaza. Uważam ją za wspaniałą. Dwa razy większa od Trafalgar Square262.
Stojąc pośrodku w pałających blaskach słonecznych, pokazywał budowle:
— Intendencja, obecnie pałac prezydenta — Cabildo, miejsce obrad Niższej Izby Parlamentu. Widzi pan te nowe domy po tamtej stronie plaza? To Kompania Anzani, wielkie domy towarowe, coś w rodzaju naszych sklepów spółdzielczych w Anglii. Stary Anzani zginął z rąk gwardzistów narodowych, zasłaniając własnym ciałem swą ogniotrwałą kasę. Za tę właśnie zbrodnię poseł Gamacho, komendant gwardzistów, dzikie i krwiożercze bydlę, został publicznie stracony z wyroku sądu doraźnego, utworzonego przez Barriosa. Siostrzeńcy Anzaniego zamienili to przedsiębiorstwo w spółkę akcyjną. Cała ta strona plaza spaliła się; miała dawniej kolumnadę. Ogień był straszliwy. Widziałem przy jego łunie koniec bitwy: llaneros uciekali, gwardziści rzucali broń, a górnicy z San Tomé, wszyscy Indianie z Sierry, walili niby odmęt przy dźwiękach piszczałek i cymbałów. Powiewały zielone chorągwie nad tym dzikim tłumem ludzi w białych ponchos i zielonych kapeluszach. Szli pieszo, gnali na osłach i mułach. Czegoś podobnego nie widziałem, jak żyję. Górnicy ruszyli na miasto pod wodzą don Pépégo, który wiódł ich, siedząc na swym karym koniu. Ich kobiety wśród ryku osłów dodawały im krzykiem otuchy i biły w tamburyny. Pamiętam, że jedna znich miała na ramieniu zieloną papugę, która siedziała tak spokojnie, jakby była wykuta z kamienia. Zdążyli jeszcze ocalić swego señora administradora, bowiem Barrios, aczkolwiek od razu, jeszcze w nocy, zarządził atak, byłby przybył za późno. Pedrito Montero kazał już wyprowadzić don Carlosa na miejsce rozstrzelania, to samo, na którym przed laty padł jego wuj, i omalże, jak później wyraził się Barrios, „Sulaco nie byłoby warte, żeby się o nie bić”. Sulaco bez koncesji byłoby niczym. Wszędzie w górach rozmieszczono tony, całe tony dynamitu z przygotowanymi zapalnikami, a stary ksiądz, ojciec Roman, stał w pogotowiu, by unicestwić kopalnię San Tomé na pierwszą wieść o klęsce. Don Carlos uwziął się, by nie pozostawić nic po sobie, i umiał sobie dobrać odpowiednich ludzi.
Tak opowiadał kapitan Mitchell pośrodku plaza, trzymając nad głową białą parasolkę na zielonej podszewce; natomiast wewnątrz katedry, gdzie w chłodnej atmosferze mroku unosiły się nikłe wyziewy kadzideł i klęczały postacie kobiece z zasłoniętymi twarzami, w czerni lub całkiem na biało, jego przyciszony głos stawał się uroczysty i przenikliwy.
— Tu — mówił, pokazując wnękę w ścianie mrocznej nawy — widzi pan popiersie don Joségo Avellanosa, „patrioty i męża stanu”, jak powiada napis, „ministra pełnomocnego przy dworach angielskim, hiszpańskim itd., itd., który zmarł w lasach Los Hatos, złamany długoletnią walką o Prawo i Sprawiedliwość, w przededniu Nowej Ery”. Ogromne podobieństwo! Dzieło Parochettiego wedle kilku starych fotografii i szkicu ołówkowego pani Gould. Znałem dobrze tego znakomitego Hiszpano-Amerykanina dawnego pokroju, prawdziwego hidalga, kochanego przez wszystkich, którzy z nim się zetknęli. A ten marmurowy medalion w stylu antycznym, przedstawiający siedzącą kobietę, z zasłoniętą twarzą i załamanymi na kolanach rękami, wmurowano na pamiątkę tego nieszczęśliwego młodego dżentelmena, który wypłynął z Nostromem owej fatalnej nocy. Niech pan popatrzy! „Pamięci Martina Decouda, jego narzeczona, Antonia Avellanos”. Prosto, skromnie, szlachetnie. Oto ona we własnej osobie! Wyjątkowa kobieta. Mylili się ci, którzy myśleli, że podda się rozpaczy. Ganiono ją gdzieniegdzie, iż nie przywdziała szat zakonnych. Spodziewano się tego po niej. Ale doña Antonia nie jest z tej gliny, z której lepi się zakonnice. Biskup Corbelan, jej wuj, mieszka wraz z nią w rodowym pałacu Corbelanów. Zawzięty z niego kapłan, użera się nieustannie z rządem o dawne kościelne włości i klasztory. Sądzę, że w Rzymie mają go na oku. Przejdziemy teraz przez plaza i pójdziemy do klubu „Amarilla”, żeby coś przekąsić.
Zaraz po wyjściu z katedry, jeszcze u szczytu dostojnie zbiegających w dół schodów, jego głos wzbierał pompatycznie, a ramię wznawiało zamaszyste gesty.