Program przebiegał dalej z nieodmiennością prawa przyrody. Przechadzka po alamedzie odbywała się z wolna i dawała sposobność do pompatycznych spostrzeżeń.

— Bywa tu cały wielki świat. — Kapitan Mitchell poczynał się kłaniać bez końca w prawo i w lewo, po czym odzywał się z ożywieniem: — Doña Emilia. Powóz pani Gould. Niech pan spojrzy! Zawsze białe muły. Najmilsza i najbardziej urocza kobieta, jaka kiedykolwiek żyła na ziemi. Wielkie stanowisko, panie! Wielkie stanowisko. Najpierwsza dama w Sulaco — nawet małżonka prezydenta jej nie dorównuje. I warta tego! — Zdejmował kapelusz, po czym, zmieniając umiejętnie ton głosu, dorzucał niedbale, iż siedzący obok niej pan w czerni, w wysokim, białym kołnierzyku i z pokrytą bliznami, chmurną twarzą, to doktor Monygham, inspektor szpitali państwowych i główny lekarz Zjednoczonych Kopalni San Tomé. — Przyjaciel domu. Wiecznie tam przesiaduje. Nic dziwnego. Wszystko zawdzięcza Gouldom. Bardzo mądry człowiek, ale nigdy go nie lubiłem. Nikt go nie lubi. Pamiętam, jak kuśtykał po ulicach w kraciastej koszuli i chłopskich sandałach z melonem pod pachą. Było to jedyne jego całodzienne pożywienie. Teraz gruba ryba, panie, a zgryźliwy jak dawniej. Co prawda... Niepodobna zaprzeczyć, iż w swoim czasie świetnie się spisał. Ocalił nas wszystkich od tej śmiertelnej zmory, od Sotilla, co innemu by się nie udało...

Podniósł ramię.

— Konny posąg, który stał dawniej na tym cokole, usunięto. Był anachronizmem — tłumaczył kapitan Mitchell niejasno. — Obecnie mówi się, by go zastąpić pamiątkową kolumną z marmuru, z aniołami pokoju w czterech narożnikach i brązowym, pozłacanym posągiem Sprawiedliwości, dzierżącej wagę, u szczytu. Uproszono cavaliera Parochettiego, iż sporządził rysunek, który może pan obejrzeć pod szkłem w sali posiedzeń rady miejskiej. Dokoła podstawy mają być wyryte nazwiska. Ano, należałoby zacząć przede wszystkim od nazwiska Nostroma. Uczynił on dla sprawy separacji więcej niż kto inny i — dodawał kapitan Mitchell — otrzymał za to mniej od wielu innych. — Siadał na ławie kamiennej pod drzewem i zapraszał skinieniem gościa, by zechciał zająć obok niego miejsce. — Zawiózł Barriosowi listy ze Sulaco. Skłoniły tego generała do opuszczenia Cayty i do przybycia nam na pomoc morzem. Na szczęście, w porcie były jeszcze transportowce. Panie, nie wiedziałem nawet, iż mój capataz de cargadores żyje. Nie miałem o tym pojęcia. Doktor Monygham spotkał go przypadkiem w Urzędzie Celnym, opuszczonym jakąś godzinę przedtem przez tego przeklętego Sotilla. Nikt mi nic nie powiedział, nic przy mnie nie napomknął, jakbym był niegodny zaufania. Monygham zajął się wszystkim. Poszedł na tereny kolejowe i uzyskał widzenie z naczelnym inżynierem, który raczej ze względu na Gouldów niż na kogoś innego, zgodził się użyczyć lokomotywy, by przewiozła Nostroma. Był to jedyny sposób, by go wyprawić z miasta. Pędząc po torze kolejowym, ujechał sto osiemdziesiąt mil. W obozowisku robotniczym na końcu linii kolejowej zaopatrzono go w konia, broń i nieco odzieży. Wyruszył w drogę samotnie. Ujechał czterysta mil w przeciągu sześciu dni, pędząc co koń wyskoczy przez objęty zaburzeniami kraj, i uwieńczył swe dzieło, przedzierając się przez szeregi monterystowskie osaczające Caytę. Dzieje tej wyprawy to temat na porywającą książkę. Wiózł życie nas wszystkich w kieszeni. Nie mam słów na oddanie jego poświęcenia, odwagi, wierności i inteligencji. Był przy tym nieprzekupny i nieustraszony. Trzeba było człowieka, który by wiedział, w jaki sposób dać sobie radę. I oto on był tym człowiekiem. Piątego maja, będąc faktycznie uwięzionym w biurze portowym mojego Towarzystwa, z terenów kolejowych oddalonych o jakieś ćwierć mili usłyszałem nagle świst lokomotywy. Nie wierzyłem własnym uszom. Wybiegłem na balkon i ujrzałem, iż z wrót remizy wytacza się lokomotywa ziejąca pióropuszem pary, skwiercząca przeraźliwie i spowita białym obłokiem. Zatrzymała się tuż obok gospody starego Voli. Jakiś człowiek, którego nie mogłem rozróżnić, wybiegł z „Albergo d’Italia Una” i wpadł do kabiny parowozu, po czym maszyna jakby odskoczyła od domu i znikła w okamgnieniu. Jakby ktoś świecę zgasił, panie! Lokomotywą kierował widocznie pierwszorzędny maszynista. Gwardziści narodowi ostrzeliwali ją rzęsiście w Rincon oraz innych miejscowościach. Na szczęście szyn nie pozrywano. W cztery godziny dotarli do obozowiska robotników budujących tor kolejowy. Nostromo postawił na swoim... Resztę pan wie. Proszę rzucić okiem dokoła siebie. Oto na tej alamedzie widzi pan ludzi, którzy jeżdżą powozami albo wciąż żyją tylko dzięki temu, iż przed laty na przodownika w porcie przyjąłem zbiegłego włoskiego marynarza, po prostu z powodu siły, jaka biła z jego spojrzenia. To jest, panie, fakt. Tego nie można pominąć. Siedemnastego maja, równo dwanaście dni po tym, jak ujrzałem człowieka, który wybiegł z Casa Viola i wskoczył do lokomotywy, transportowce Barriosa wpłynęły do tutejszego portu i „skarbiec świata”, jak korespondent „Timesa” nazywa Sulaco w swojej książce, ocalał nietknięty dla cywilizacji i dla jej przyszłości. Pedrito, naciskany przez Hernandeza od zachodu, a przez górników z kopalni San Tomé od bramy lądowej, nie mógł przeszkodzić wylądowaniu. Przez tydzień posyłał do Sotilla, żeby się z nim połączył. Gdyby Sotillo był to uczynił, byłyby nastąpiły rzezie i prześladowania, które nie oszczędziłyby nikogo spośród osób zajmujących w społeczeństwie wybitniejsze stanowiska. Ale w tym momencie na widowni pojawił się doktor Monygham. Sotillo, ślepy i głuchy na wszystko, nie ruszał się z pokładu swego parowca, poszukując srebra, które w jego mniemaniu spoczywało na dnie przystani. Opowiadano mi, że przez ostatnie trzy doby był po prostu nieprzytomny, szalał i pienił się z rozczarowania, że nic nie znajduje, latał po pokładzie i miotał przekleństwami na ludzi w łodziach sondujących dno, raz każąc im powracać, to znów nagle tupiąc nogą i wykrzykując: „A jednak ono jest tam! Widzę je! Czuję je!”

Poczynił już przygotowania, by powiesić doktora Monyghama (którego trzymał na pokładzie), gdy wtem nadpłynął pełną parą transportowiec Barriosa, nawiasem mówiąc jeden z naszych statków, i ocierając się niemal burtą o jego okręt, na powitanie otworzył bez ostrzeżenia ogień karabinowy. Była to niespodzianka, panie, wprost niesłychana. Zbytnio na początku potracili głowy, by się odsunąć. Ludzie walili się na prawo i na lewo jak kręgle. Jakimś istnym cudem doktor Monygham, który stał już pod masztem z powrozem na szyi, nie został podziurawiony jak rzeszoto. Opowiadał mi później, iż uważał się za straconego i wrzeszczał, ile mu sił starczyło: „Wywiesić białą flagę! Wywiesić białą flagę!”. Wtem jakiś stary major z pułku Esmeraldy, stojący obok, wyciągnął szablę i z krzykiem: „Giń, wiarołomny zdrajco!” przeszył Sotilla na wylot, lecz tej samej chwili padł, ugodzony kulą w głowę.

Kapitan Mitchell milkł na chwilę.

— Ej, panie! Mógłbym jeszcze opowiadać panu całymi godzinami. Ale czas już, żebyśmy pojechali do Rincon. Nie wypada, żeby pan był w Sulaco i nie widział świateł w kopalni San Tomé. Cała góra pała jak oświetlony pałac nad ciemnym Campo. To bardzo modna przejażdżka... Ale opowiem panu małą anegdotkę, ot, żeby dać panu wyobrażenie. W jakieś dwa tygodnie po tym, jak Barrios, mianowany generałem, podążył na południe w pościg za Pedritem, jak Tymczasowa Junta z don Justem Lopezem na czele ogłosiła nową konstytucję, zaś nasz don Carlos Gould pakował kufry, wysłany w misją do San Francisco i Waszyngtonu (Stany Zjednoczone, panie, były pierwszym wielkim mocarstwem, które uznało Zachodnią Republikę), otóż w jakieś dwa tygodnie po tym wszystkim, gdyśmy już poczynali czuć, że nasze głowy są bezpieczne na naszych karkach, zaszedł do mnie w interesach pewien wybitny człowiek, który przewozi wiele towarów na naszych statkach, i na samym wstępie powiada: „Kapitanie Mitchell, czy ten hultaj (miał na myśli Nostroma) jest jeszcze capatazem pańskich cargadorów, czy nie?” — „A o co chodzi?” — pytam. — „Bo jeżeli jest, to nie mam pretensji. Nieraz już wysyłałem i sprowadzałem ładunki za pośrednictwem pańskich okrętów. Otóż zauważyłem, iż już od kilku dni włóczy się jak żebrak po nabrzeżu i dopiero co najspokojniej zaczepił mnie, prosząc o cygaro. A wie pan, palę cygara tylko w najlepszym gatunku i nie tak łatwo o nie, jakby się komuś zdawało”. — „Sądzę, że złamał pan swoje zasady?” — rzekłem bardzo łagodnie. — „Oczywiście. Ale to zawstydzające natręctwo. On wiecznie naprzykrza się o coś do palenia”. — Panie, odwróciłem oczy, a potem spytałem: „Czy nie był pan więziony w cabildo?” — „Przecież pan dobrze wie, że byłem więziony, a nawet zakuty w kajdany” — odpowiada. — „I musiał pan złożyć kaucję piętnastu tysięcy dolarów?” — Poczerwieniał panie, ponieważ się okazało, iż zemdlał ze strachu, kiedy przyszli go aresztować, a przed Fuentesem zachowywał się w ten sposób, że na widok jego uniżoności uśmiechali się nawet policianos, którzy go tam zawlekli za kark. „Tak — rzekł jakby onieśmielony. — A czemu pan pyta?” — „Och, nic takiego. Omalże nie poniósł pan grubej straty, nawet gdyby pan uszedł cało... Ale czym mogę panu służyć?” — Nie zdołał się nigdy połapać, o co chodzi. Jakimi to drogami świat chodzi, panie!

Podnosił się z miejsca nieco sztywno. Podczas przejażdżki do Rincon nieubłagany cicerone266 zdobywał się na jedno tylko spostrzeżenie filozoficzne, wygłaszane z oczyma utkwionymi w światła kopalni San Tomé, która wyglądała jak zawieszona wśród ciemnej nocy między ziemią a niebem.

— To wielka potęga, panie! Może zrobić dużo dobrego i dużo złego. Ogromna potęga!

Potem wstępowali na obiad do klubu „Mirliflores”, słynnego z doskonałej kuchni. W umyśle przejezdnego pozostawało wrażenie, iż w Sulaco musi być dużo wesołej, zamożnej młodzieży, która ma za wiele pieniędzy do wyrzucenia, i że wśród niej są i tacy Anglosasi, którzy potrafią „podnieść ciśnienie”, jak to się mówi, swemu miłemu gospodarzowi. Na zakończenie szybko wracali do portu hałaśliwą, dwukołową bryczką (którą kapitan Mitchell nazywał biedką), zaprzężoną w chudego, rączego muła, którego nieustannie batożył gorliwy woźnica, neapolitańczyk. Biedka zatrzymywała się przed oświetlonymi biurami Towarzystwa Oceanicznej Żeglugi Parowej, których nie zamykano do późna, czekając na odjazd parowca. Bywało to zakończeniem, choć jeszcze niezupełnym. „Jest dziesiąta. Pański statek nie odpłynie wcześniej niż o wpół do pierwszej, jeśli nie później. Proszę do mnie na brandy and soda i jeszcze jedno cygaro”. W prywatnym mieszkaniu zarządcy portu uprzywilejowany podróżny „Cerery”, „Junony” czy „Pallady” wpadał w osłupienie i, jeśli można tak powiedzieć, nicestwiał duchowo pod nagłym nawałem poglądów, brzmień, nazwisk i faktów. Nieprzetrawionym należycie, a niezmiernie zawiłym wiadomościom przysłuchiwał się jak zmęczone dziecko czarownej bajce. Słyszał głos, poufały i zaskakujący pompatycznością, który brzmiał jakby z innego świata, opowiadający mu, iż „w tej oto przystani” odbyła się demonstracja międzynarodowej floty, która położyła kres wojnie między Costaguaną a Sulaco. Krążownik Stanów Zjednoczonych „Powhattan” pierwszy oddał honory banderze Zachodniego Państwa — białej, z wieńcem zielonych liści laurowych otaczających żółty kwiat amarylisu267. Generał Montero, który ogłosił się cesarzem Costaguany, zginął niespełna miesiąc później (podczas publicznej uroczystości rozdawania odznak i krzyży) od kuli pewnego młodego oficera artylerii, brata swej utrzymanki.