— Obmierzły Pedrito, panie, uciekł z kraju — brzmiał głos. I mówił w dalszym ciągu: — Pewien kapitan jednego z naszych statków opowiadał mi niedawno, iż widział Pedrita guerrillera. Przystrojony w purpurowe pantofle i aksamitną czapeczkę ze złotym chwastem268, prowadził dom publiczny w jednym z południowych portów.
— Obmierzły Pedrito? Któż to taki u licha? — dziwił się przelotny ptak, ważąc się między snem a jawą, z nikłym, lecz uprzejmym skrzywieniem ust, z których wysterczał niedopałek osiemnastego czy dwudziestego cygara, święcącego ten pamiętny dzień.
— Ukazał mi się w tym oto pokoju jak jakiś upiór — opowiadał kapitan Mitchell o swym Nostromie ze szczerą tkliwością uczucia i odcieniem wiele mówiącej dumy. — Może pan sobie wyobrazić, jakiego doznałem wrażenia. Oczywiście przybył tu z Barriosem okrężną drogą, morzem. Pierwszą rzeczą, której od niego się dowiedziałem, było, iż zdołał pochwycić łódkę lichtugi, unoszącą się na falach zatoki. Był do głębi wstrząśnięty tym zdarzeniem. I było to zdarzenie istotnie niezwyczajne, jeżeli się zważy, że upłynęło już szesnaście dni od zatopienia srebra. Zauważyłem od razu, że stał się innym człowiekiem. Wpatrywał się w ścianę, jakby po niej łaził pająk lub coś podobnego. Strata srebra wywołała zaburzenia w jego umyśle. Zapytał mnie od razu, czy doña Antonia usłyszała już o śmierci Decouda. Głos mu drżał. Odpowiedziałem na to, iż doña Antonia nie zdążyła jeszcze powrócić do miasta. Biedna dziewczyna! I właśnie chciałem go zagadnąć o tysiące różnych rzeczy, gdy z nagłym: „Przepraszam, señor!” uciekł z mojego biura. Nie widziałem go potem ze trzy dni. Byłem wtedy ogromnie zajęty, wie pan. Jak się zdaje, wałęsał się po mieście, a nocami sypiał w barakach kolejarzy. Okazywał najzupełniejszą obojętność na to, co się działo. Zapytałem go raz na pomoście: „Kiedy pan wróci do pracy, Nostromo? Cargadorzy będą mieć teraz mnóstwo roboty”.
„Señor — powiedział, patrząc na mnie ospałym, badawczym wzrokiem — czy to pana zdziwi, gdy powiem, że czuję się jeszcze zbyt zmęczony, by się zabierać do pracy? I co ja mogę teraz robić? Czy będę śmiał spojrzeć moim cargadorom w oczy po stracie lichtugi?”
Prosiłem go, by już nie myślał o srebrze; uśmiechnął się. Uśmiech ten przeniknął mi do serca, panie! „To nie było zaniedbanie — powiedziałem mu. — To była fatalność, a na nią nie ma rady”. — „Si, si” — odparł i odwrócił się. Pomyślałem, iż będzie najlepiej pozostawić go samego, żeby się z tym uporał. Byłem obecny przy jego rozmowie z don Carlosem. Muszę powiedzieć, iż Gould jest człowiekiem raczej oziębłym. Przez tyle lat musiał trzymać w karbach swe uczucia, mając do czynienia z łotrami i złodziejami, narażony nieustannie na zgubę własną i swej żony, iż chłód stał się drugą jego naturą. Patrzyli na siebie przez dłuższy czas. Don Carlos w właściwy sobie, spokojny i oględny sposób spytał go, co może dla niego uczynić.
„Moje imię jest znane od jednego krańca Sulaco do drugiego — odparł z równym spokojem. — Cóż więcej może pan dla mnie uczynić?” — I na tym na razie się skończyło. Co prawda, kiedy później nadarzyła się sposobność nabycia bardzo pięknego szkunera przybrzeżnego, porozumiałem się z panią Gould; kupiliśmy ten statek i ofiarowaliśmy mu go. Ale spłacił go nam w całości w ciągu trzech lat. Zaczął nim krążyć, robiąc interesy wzdłuż całego tutejszego wybrzeża. Na domiar temu człowiekowi szczęściło się zawsze we wszystkim, prócz ocalenia tego srebra. Biedna doña Antonia również z nim rozmawiała, mając jeszcze w pamięci straszliwe przejścia w lasach Los Hatos. Chciała się dowiedzieć wszystkiego o Decoudzie: co mówili, co robili, co myśleli do ostatniej chwili tej nieszczęsnej nocy. Pani Gould mówiła mi, że zachowywał się z wielkim spokojem i współczuciem. Panna Avellanos tylko raz zalała się łzami, gdy usłyszała od niego, jak Decoud wyraził się, iż jego plan będzie uwieńczony chlubnym powodzeniem... I nie ulega już wątpliwości, że trafnie przewidywał. Powodzenie jest zupełne.
Program był wreszcie bliski końca. I kiedy uprzywilejowany podróżnik, drżąc w miłym przewidywaniu odpoczynku, zapominał zadać sobie pytanie: „Na czym polegał ów plan Decouda?”, kapitan Mitchell dopowiadał słowa:
— Żałuję, że musimy się tak szybko rozstać. Dzięki pańskiemu inteligentnemu zainteresowaniu przeżyłem miły dzień. Zobaczymy się jeszcze przy stole. Poznał pan po trosze „skarbiec świata”. Bardzo udana nazwa. — Głos sternika, który oznajmiał od drzwi, że łódź jest gotowa, zwiastował ostateczne zakończenie całodziennego programu.
Nostromo rzeczywiście znalazł łódkę lichtugi, którą pozostawił Decoudowi na Wielkiej Izabeli. Unosiła się pusta na wodach zatoki. Znajdował się wówczas na pomoście pierwszego transportowca Barriosa, oddalonego o godzinę drogi od Sulaco. Barrios, który miał zawsze upodobanie do zuchwałych czynów i trafnie oceniał odwagę, wielce polubił capataza. Płynąc wzdłuż wybrzeża, generał nie puszczał Nostroma od siebie i często zwracał się do niego nagły i porywczy w sposób, co było u niego oznaką wielkiej przychylności.
Oczy Nostroma pierwsze dostrzegły z dala od dziobu okrętu nikłą, pierzchliwą, ciemną plamkę, która mając za sobą zwały trzech Izabel, ukazała się samotnie na wygładzonym, rozmigotanym pustkowiu zatoki. Bywają chwile, kiedy nie można zbywać lekceważeniem żadnego, bodaj najdrobniejszego szczegółu; warto zatem było zbadać, co oznacza ta łódka, błąkająca się z dala od brzegu. Na skinienie Barriosa transportowiec zszedł z kursu i podpłynął na taką odległość, że można było stwierdzić, iż w łupinie nikogo nie ma. Było to zwykłe czółno niesione prądem, z wiosłami w środku. Ale Nostromo, który całymi dniami miał nieustannie przed oczyma duszy postać Decouda, zapłonął podnieceniem, gdyż od razu poznał łódź lichtugi.