Nie mogło być mowy o zatrzymaniu się dla wyłowienia takiej drobnostki. Każda minuta miała znaczenie dla istnienia i przyszłości całego miasta. Płynącego na przedzie okręt, z generałem na pokładzie, wrócił na pierwotny kurs. Za nim podążyła pośpiesznie flota transportowców, rozwleczona na przestrzeni mili niby jak ogon morskiego dziwotworu, czerniąc się i dymiąc na tle zachodniego nieba.

Mi general — zabrzmiał donośny, lecz spokojny głos Nostroma spoza gromadki oficerów. — Chciałbym uratować tę łódkę. Por Dios, znam ją. Należy do Towarzystwa, dla którego pracuję.

— A ty, por Dios, należysz do mnie — zarżał Barrios hałaśliwym, rozbawionym głosem. — Zrobię cię kapitanem kawalerii, gdy tylko znowu zobaczymy jakiegoś konia.

— Lepiej pływam niż jeżdżę konno, mi general — wołał Nostromo, przeciskając się do poręczy z ciemnymi błyskami w oczach. — Chciałbym...

— Chciałbyś? Co za zarozumiałe chłopisko! — pokpiwał jowialnie generał, nie patrząc nawet na niego. — Chciałby mi dać do zrozumienia, że nie zdobędziemy Sulaco bez niego! Ha, ha, ha! A może byś puścił się do niej wpław, mój chłopcze?

Głośny okrzyk, który przeleciał od jednego krańca statku do drugiego, powściągnął jego zrzędzenie. Nostromo wyskoczył za burtę; jego czarna głowa chybotała się na toni już daleko od okrętu. Generał mruknął struchlałym ze zgrozy głosem:

Cielo!269 Co ja grzeszny zrobiłem! — Wystarczyło jednak jedno zatrwożone spojrzenie, by zdał sobie sprawę, iż Nostromo płynie bez żadnego wysiłku. Huknął zatem groźnym głosem: — Nie, nie! Nie będziemy się zatrzymywali, by wyłowić tego zuchwalca. Niech się utopi ten zwariowany capataz!

Żadna siła ludzka nie powstrzymałaby Nostroma od skoku w morze. Ta pusta łódź, która tak tajemniczo wypłynęła na jego spotkanie, jakby nią kierowała dłoń jakiego niewidzialnego widma, wywierała opętańcze wrażenie jakiegoś znaku, jakiegoś ostrzeżenia, była zaskakującą, zagadkową odpowiedzią na upartą myśl o skarbie i o losie pewnego człowieka. Byłby skoczył, gdyby go nawet czekała niechybna śmierć na tej półmilowej przestrzeni wodnej. Ale woda była gładka jak zwierciadło stawu, a z jakiegoś powodu w Zatoce Placido nie ma rekinów, choć po drugiej stronie Punta Mala roi się od nich wzdłuż wybrzeża.

Capataz chwycił się rufy łódki i ciężko odetchnął. Płynąc, doznawał jakiegoś dziwacznego, mdłego uczucia. Jeszcze w wodzie zdołał się pozbyć ubrania i butów. Wisiał czas jakiś na krawędzi łódki, odzyskując oddech. Niknące w oddali transportowce podążały wprost do Sulaco, wywołując wrażenie, jakby brały udział w pokojowych wyścigach, ćwiczeniach nawigacyjnych lub jakichś regatach. Połączone dymy z ich kominów unosiły się tuż nad jego głową niby jakaś zwiewna, siarczana mgławica. To dzięki jego męstwu, dzięki jego śmiałości, dzięki jego odwadze wypłynęły te okręty na morze, by ocalić życie i mienie blancos, ciemiężycieli ludu; by przyjść z pomocą kopalni San Tomé, by ratować dzieci.

Mocnym, zręcznym podrzutem wśliznął się do łodzi. Ta sama! Bez najmniejszej wątpliwości, bez jakiejkolwiek wątpliwości. Było to czółno lichtugi nr 3, czółno pozostawione na Wielkiej Izabeli Martinowi Decoudowi, żeby mógł sam sobie radzić, gdyby z wybrzeża niepodobna było przyjść mu z pomocą. I oto wypłynęło na jego spotkanie, puste i zagadkowe. Co stało się z Decoudem? Capataz dokonał drobiazgowego badania. Rozglądał się za jakąś rysą, za jakąś pozostałością, za jakimś znakiem. Jedyną rzeczą, którą odkrył, była rdzawa plama na wewnętrznej stronie burty. Nachylił się nad nią i potarł mocno palcem. Potem usiadł na rufie, bezwolny, ze złączonymi kolanami i skrzyżowanymi nogami.