Ociekający wodą od głowy do stóp, z mokrymi, obwisłymi wąsami i włosami, z przygasłym spojrzeniem utkwionym w dno czółna, capataz cargodorów z Sulaco przypominał topielca, który wynurzył się z toni, by przy zachodzie słońca odpocząć w łodzi. Podniecenie wywołane awanturniczą wyprawą i koniecznością powrotu na czas, podniecenie wywołane wysiłkiem i powodzeniem, ześrodkowaniem myśli o skarbie i jedynym człowieku, który o nim wiedział, przeminęło. Do ostatniej chwili wysilał umysł, zastanawiając się, jak dostać się na Wielką Izabelę niepostrzeżenie i bez straty czasu. Bowiem poczucie konieczności zachowania tajemnicy zrosło się ze skarbem tak ściśle, że nawet Barriosowi wzdragał się wspomnieć o obecności Decouda i srebra na wyspie. Listy, które zawiózł do generała, nadmieniały tylko pokrótce o stracie srebra, jako o czynniku mającym wpływ na stosunki w Sulaco. Jednooki pogromca tygrysów, węsząc z daleka bitwę, nie uważał za właściwe marnować czasu na wypytywanie posłańca. Toteż rozmawiając z Nostromem, Barrios wychodził z założenia, że don Martin Decoud poszedł na dno wraz z drogocennym kruszcem, zaś Nostromo, niepytany wprost, milczał pod wpływem jakiejś nieokreślonej niechęci i nieufności. „Niech don Martin sam o wszystkim powie” — powiedział sobie w duszy.

A teraz, kiedy trafił mu się sposób szybkiego dostania się na Wielką Izabelę, jego podniecenie minęło, jak kiedy dusza ulatuje, pozostawiając w bezwładzie ciało na ziemi, której już nie zna. Nostromo jakby nie poznawał zatoki. Przez długi czas nawet jego powieki nie drgnęły nad pustką jego szklistego spojrzenia. Następnie z wolna, bez najlżejszego ruchu, bez drgnienia mięśnia lub mrugnięcia powieki, po jego zakrzepłych rysach przemknął wyraz życia, głęboka myśl błysnęła w pustce źrenicy — jak gdyby jakaś błędna dusza, zadumana spokojnie dusza, spotkawszy na swej drodze to opuszczone ciało, wzięła je ukradkiem w posiadanie.

Capataz, zmarszczył brwi. Wśród niezmiernej ciszy wód, wysp i wybrzeża, wśród skłębionych chmur na niebie i smug światła na toni to zmarszczenie brwi miało dobitność potężnego gestu. Przez długi czas nic się nie poruszało. Następnie Capataz potrząsnął głową i znów pogrążył się w powszechnym spokoju wszystkich widzialnych rzeczy. Nagle podchwycił wiosła i jednym ruchem obrócił czółno dziobem ku Wielkiej Izabeli. Zanim jednak zaczął wiosłować, pochylił się raz jeszcze nad rdzawą plamą na burcie.

— Wiem, co to jest — zamamrotał do siebie, potrząsając przemyślnie głową. — To krew!

Jego uderzenia wiosłem były długie, mocne i równomierne. Od czasu do czasu zerkał przez ramię na Wielką Izabelę, której niskie urwiste wybrzeże miało dla jego trwożnych spojrzeń nieodgadniony wygląd. W końcu dziób łodzi dotknął brzegu. Nostromo rzucił raczej, niż wepchnął łódź na piasek małej plaży. Z nagła, odwróciwszy się plecami do zachodzącego słońca, podążył wielkimi krokami w głąb wąwozu, roztrącając i rozpryskując za każdym krokiem wodę strumienia, jak gdyby deptał jej ciche, przejrzyste, szemrzące bóstwo swą stopą. Pragnął skorzystać z każdej chwili dziennego światła.

Zwał ziemi, murawy i połamanych chaszczy obsunął się z góry bardzo naturalnie na zagłębienie pod pochyłym drzewem. Decoud wykonał zadanie ukrycia srebra według otrzymanych wskazówek, przemyślnie posługując się łopatą. Ale półuśmiech uznania na ustach Nostroma zmienił się w pogardliwe ściągnięcie warg, gdy ujrzał łopatę porzuconą w widocznym miejscu, jakby całkiem niedbale lub w nagłym popłochu, co zdradzało wszystko. Ach, wszyscy oni są jednacy w swej głupocie, ci hombres finos, którzy wynaleźli prawa, rządy i jałowe obowiązki dla ludu!

Capataz podniósł z ziemi łopatę, kiedy zaś uczuł jej rękojeść w dłoni, odezwało się w nim nagłe pragnienie obejrzenia skórzanych skrzynek zawierających skarb. Kilkoma machnięciami łopaty odsłonił ich krawędzie i narożniki, po czym, odwalając dalej ziemię, zauważył, iż jedna ze skrzynek została rozpruta nożem. Krzyknął na ten widok zdławionym głosem i rzucił się na kolana, oglądając się za siebie przez jedno, to przez drugie ramię z nierozumną podejrzliwością. Twarda skóra zamknęła się w miejscu przecięcia i zawahał się, zanim wetknął rękę przez długą szparę i wyczuł wewnątrz sztaby kruszcu. Były tam. Jedna, dwie, trzy... Tak, czterech brakowało. Wyjęto je. Cztery sztaby. Lecz kto wyjął? Decoud? Nikt inny. I po co? W jakim celu? Dla jakiego przeklętego kaprysu? Niech się wytłumaczy! Cztery sztaby wywiezione na łódce i — krew!

W obliczu otwartych wód zatoki, w obliczu, jasnego, nieprzesłoniętego chmurami, niezmiennego słońca, które nurzało się w toni, składając się w tajemniczej całopalnej ofierze, z dala od śmiertelnych oczu wśród nieskończonego majestatu ciszy i spokoju — te cztery sztaby srebra... i krew!

Capataz podniósł się z wolna.

— Możliwe, że po prostu zaciął się w rękę — mruknął — Ale w takim razie...