Nie słyszał też przez cały dzień żadnego szmeru prócz mamrotania własnego głosu. Był to dzień absolutnej ciszy, pierwszy, jakiego zaznał w życiu. A nie zasnął ani na jedno mgnienie. Mimo tylu bezsennych nocy i tylu dni walk, rozmyślań, nawoływań, przede wszystkim zaś mimo ubiegłej nocy, pełnej niebezpieczeństw i twardego fizycznego wysiłku na wodach zatoki, nie był zdolny zmrużyć oczu ani na chwilę. Nie mógł zasnąć, chociaż od wschodu do zachodu słońca przeleżał, złakniony snu, na ziemi bądź to na wznak, bądź też twarzą do swego posłania.

Przeciągnął się i powolnymi krokami zszedł do wąwozu, by spędzić noc obok srebra. Gdyby Nostromo powrócił, co mogło nastąpić lada chwila, tam właśnie by go szukał, zwłaszcza że noc była najodpowiedniejszą porą na próbę spotkania się. Z zupełną obojętnością przypomniał sobie, iż nie miał nic w ustach, odkąd pozostał sam na wyspie.

Przepędził noc z otwartymi oczyma, a kiedy dzień zaświtał, pożywił się nieco z tą samą obojętnością. Świetny „potomek Decoudów”, popsuty pieszczoch rodziny, wielbiciel Antonii i publicysta ze Sulaco nie był zdolny do zmagania się ze sobą sam na sam. Samotność, tworzona tylko przez zewnętrzne warunki istnienia, rychło staje się stanem duszy, w którym nie ma miejsca dla komedianckich błazeństw ironii i sceptycyzmu. Opanowuje i pędzi myśl w wygnańcze pustkowie ostatecznej niewiary. Po trzech dniach oczekiwania na widok ludzkiej twarzy Decoud przychwycił się na powątpiewaniu we własną osobowość. Roztopiła się w świecie obłoków i wód, sił natury i kształtów przyrody. Tylko w naszym działaniu znajdujemy pokrzepiające złudzenie istnienia niezależnego od całokształtu rzeczy, którego jesteśmy bezradną cząstką. Decoud postradał zupełnie wiarę w rzeczywistość swych przeszłych i przyszłych czynów. Piątego dnia ogarnęła go bezmierna melancholia. Postanowił, że nie odda się w ręce tych ludzi z Sulaco, którzy otaczali go jak jakieś bełkoczące, sprośne widma, nierzeczywiste i okropne. Widział siebie, niedołężnie walczącego pośrodku, i Antonię, olbrzymią i wdzięczną jak alegoryczny posąg, spoglądającą pogardliwie na jego słabość.

Żadna żywa istota, żadna plamka dalekiego żagla nie ukazała się w polu jego widzenia, więc jakby chcąc uniknąć samotności, pogrążył się w swej melancholii. Niejasne poczucie chybionego życia, ulegającego popędom, których wspomnienie pozostawiło mu gorzki posmak w ustach, było pierwszym przejawem moralnym w jego męskim życiu. Równocześnie jednak nie odczuwał skruchy. Czegóż miał żałować? Nie uznawał innej cnoty prócz inteligencji, a namiętności podźwignął do poziomu obowiązków. Zarówno jego inteligencja, jak i jego namiętności roztopiły się łatwo w ogromie nieprzerwanej samotności oczekiwania bez wiary. Bezsenność pozbawiła jego wolę wszelkiej energii, bowiem przez siedem dni nie spał nawet siedmiu godzin. Jego smutek był smutkiem sceptycznego umysłu. Widział wszechświat jako szereg niepojętych obrazów. Nostromo zginął. Wszystko haniebnie zawiodło. Nie śmiał już myśleć o Antonii. Nie przeżyła tego wszystkiego. Jeżeli jednak przeżyła, to nie będzie mógł spojrzeć jej w twarz. Wszelkie wysiłki wydawały się mu niedorzecznością.

Dziesiątego dnia, po nocy spędzonej bez zmrużenia oka (majaczyło mu się, iż Antonia nie mogła nigdy kochać istoty tak nierzeczywistej jak on), samotność zaczęła mu się wydawać jakby wielką pustką, a cisza zatoki napiętą, cienką liną, na której wisiał, uczepiony obiema rękami, bez lęku, bez zdumienia, bez jakichkolwiek wrażeń. Dopiero pod wieczór, pod wpływem względnego ukojenia chłodem, zapragnął, by ta lina się zerwała. Wyobrażał sobie, że to zerwanie nastąpi niby wystrzał z pistoletu, z ostrym, suchym trzaskiem. I to będzie jego koniec. Rozmyślał o tej możliwości z rozkoszą, ponieważ przerażały go bezsenne noce; ich cisza, naprężona na podobieństwo liny, na której wisiał, uczepiony obiema rękami, drgała niedorzecznymi frazami, zawsze tymi samymi, lecz najzupełniej niepojętymi, o Nostromie, o Antonii, o Barriosie i proklamacjach. Frazy te zlewały się w ironiczne, bezsensowne brzęczenie. Za dnia odczuwał tę ciszę niby linę w bezruchu, napiętą do ostatnich granic, na której końcu wisiało jego życie, jego płonne życie.

— Ciekaw jestem, czy usłyszę, jak się zrywa, zanim spadnę — zadawał sobie pytanie.

Słońce już od dwóch godzin widniało na widnokręgu, gdy powstał, wychudły, brudny, pobladły, i spojrzał na nie czerwono obwiedzionymi oczami. Członki dawały się powodować jego woli ociężale, jakby były pełne ołowiu, ale bez drżenia. Nadawało to jego ruchom stanowczą, rozważną godność. Działał, jak gdyby dokonywał jakiegoś obrzędu. Zszedł do wąwozu, bowiem urok srebra, z jego potężną mocą, pozostał jedyną rzeczą, która przetrwała poza nim. Podniósł z ziemi pas z rewolwerem i założył na siebie. Lina ciszy nie zerwie się przenigdy na wyspie. „Muszę spaść i utonąć w morzu — myślał. — I utonąć!...” — Rzucił okiem na luźną ziemię, pokrywającą skarb. — „W morzu!” — Wyglądał jak lunatyk. Przykucnął nisko i zaczął przemyślnie grzebać cierpliwymi palcami, aż odsłonił jedną ze skrzynek. Bez namysłu, jak gdyby robił coś, co już nieraz zdarzało mu się robić, rozpruł ją i wyjął z niej cztery sztaby, które włożył do kieszeni. Przykrył powtórnie ziemią odsłoniętą skrzynkę i idąc krok za krokiem, wyszedł z wąwozu. Chaszcze zamknęły się za nim z szelestem.

Jeszcze trzeciego dnia swej samotności przywlókł czółno w pobliże strumienia, mając zamiar gdzieś odpłynąć. Odstąpił jednak od tego zamiaru, po części za poszeptem chwiejnej nadziei, iż Nostromo powróci, po części zaś pod wpływem przeświadczenia o zupełnej bezużyteczności wszelkich wysiłków. Teraz trzeba było tylko z lekka pchnąć czółno, by zakołysało się na toni. Oprócz pierwszego dnia codziennie jadał co nieco i zachował jeszcze trochę siły w mięśniach. Ujął z wolna wiosła i odbił od urwistego brzegu Wielkiej Izabeli, która wznosiła się za nim, rozgrzana słońcem niby ciepłem życia, skąpana w szczodrym świetle od podnóża do szczytu, jakby w światłości wesela i nadziei. Wiosłował wprost ku zachodzącemu słońcu. Gdy zatoka okryła się mrokiem, przestał wiosłować i rzucił wiosła na dno łodzi. Pusty łoskot, jaki wydały padając, był dla niego najdonośniejszym zgiełkiem zasłyszanym w życiu. Podziałał jak objawienie. Zdawał się jakby przywoływać go z bardzo daleka. Przez głowę przemknęła mu myśl: „Może będę mógł usnąć dzisiejszej nocy”. Ale w to nie uwierzył. Nie wierzył w nic. Nie ruszył się z poprzecznej ławki.

Świt spoza gór błysnął w jego szeroko otwarte oczy. Po jasnym brzasku słońce wzeszło wspaniale nad szczytami. Rozmigotał się przestwór zatoki dokoła łodzi. W tej chwale bezlitosnej samotności cisza objawiła się mu znowu, napięta niby ciemna, cienka struna.

Oczy jego patrzyły na nią przez chwilę bez pośpiechu, gdy przesiadał się z poprzeczki na skraj łodzi. Patrzyły na nią uporczywie, a tymczasem jego ręka sięgnęła do pasa, odpięła klapę skórzanego futerału, wyjęła rewolwer, skierowała lufę do piersi, pociągnęła za spust i z kurczowym rozmachem cisnęła dymiącą jeszcze broń w powietrze. Jego oczy patrzyły na nią, gdy runął przed siebie i zawisł piersiami na burcie, zaciskając palce prawej ręki na poprzeczce. Patrzyły...