— Dokonało się — wykrztusił przez krew, która nagle napłynęła mu do ust. Ostatnią jego myślą było: „Ciekaw jestem, w jaki sposób zginął capataz”. — Jego zaciśnięte palce rozluźniły się i wielbiciel Antonii Avellanos stoczył się w morze, nie usłyszawszy, jak zrywa się struna ciszy w pustce Zatoki Placido, której lśniąca powierzchnia pozostała niezmącona po upadku jego ciała.
Ofiara odartego ze złudzeń znużenia, które jest odwetem za zuchwalstwo intelektualne, wytworny don Martin Decoud, obciążony sztabami srebra z kopalni San Tomé, przepadł bez śladu, pochłonięty przez niezmierną obojętność wszechrzeczy. Jego bezsenna, skulona postać opuściła kruszec z kopalni San Tomé, zaś duchy dobra i zła, które czają się w pobliżu każdego ukrytego skarbu doczesnego, mogły przez czas jakiś mniemać, iż o skarbie ukrytym na tej wysepce zapomnieli wszyscy ludzie. Jednak po kilku dniach inna postać wyłoniła się z poświat zachodzącego słońca, by spędzić noc na czuwaniu wśród mroków ciasnego wąwozu niemal w takiej samej, nieruchomej postawie i w tym samym miejscu, gdzie zwykł był siadywać tamten bezsenny człowiek, który tak spokojnie odpłynął na zawsze w małym czółnie o zachodzie słońca. A duchy dobra i zła, które zwykły się czaić koło zaklętych skarbów, wlot pojęły, iż srebro z kopalni San Tomé pozyskało teraz wiernego, dozgonnego niewolnika.
Świetny capataz de cargadores, ofiara zawiedzionej próżności, która jest odwetem za zuchwalstwo czynu, przesiedział całą noc w znużonej postawie tropionego wyrzutka, dręczony bezsennością, nie mniej dotkliwą od bezsenności Decouda, swego towarzysza w najrozpaczliwszej chwili życia. Zastanawiał się, w jaki sposób zginął Decoud. Wiedział jednak, w jaki sposób sam przyczynił się do jego śmierci. Najpierw kobieta, potem mężczyzna, porzuceni w swojej ostatecznej potrzebie dla tego przeklętego skarbu. Opłacił go zgubą duszy i zatratą życia. Po bladej, milczącej zgrozie ogarnął go poryw bezmiernej dumy. Nikt inny na całym świecie, tylko Gian’ Battista Fidanza, capataz de cargadores, nieprzekupny i wierny Nostromo, był zdolny zapłacić taką cenę.
Postanowił w duszy, iż nic nie zdoła już mu wydrzeć jego łupu. Nic. Decoud zginął. Ale jak? Nie było cienia wątpliwości, że zginął. Jednak te cztery sztaby?... Po co? Czy miał zamiar wrócić po więcej, kiedy indziej?
Skarb rozpościerał swą tajemną władzę. Mącił jasność umysłu człowieka, który za niego zapłacił. Nostromo był pewien, że Decoud nie żyje. Swymi szmerami zdawała się mówić o tym cała wyspa. Umarł! Odszedł! Przychwycił się na przysłuchiwaniu się szelestom chaszczy i rozpryskom wody w łożysku strumienia. Zginął! Ten gaduła, novio doñii Antonii!
— Ha! — mruknął, z głową na kolanach pod sinością zamglonego brzasku, świtającego nad wyzwolonym Sulaco i szarą jak perzyna zatoką. — On do niej poleci. Poleci do niej!
A te cztery sztaby! Czy zabrał je z zemsty, by rzucić urok, jak ta zagniewana kobieta, która przepowiedziała mu zgryzotę i niepowodzenia, a jednak obarczyła go obowiązkiem ocalenia dzieci? Ano, ocalił je. Pokonał zaklęcie nędzy i głodu. Uczynił to sam, a może wspomagany przez diabła. Co komu do tego? Dokonał tego, mimo że go oszukano, i ocalił zarazem kopalnię San Tomé, która wydawała mu się nienawistna i niezmierzona, władająca przy pomocy swych ogromnych bogactw nad wartością, znojem, wiernością biedaków, nad wojną i pokojem, nad działalnością miasta, Campo i morza.
Słońce rozjaśniło niebo za szczytami Kordylierów. Capataz nie odwracał przez chwilę oczu od luźnej ziemi, kamieni i pogruchotanych chaszczy, które przysłaniały kryjówkę ze srebrem.
— Trzeba się będzie bogacić bardzo powoli — rozmyślał głośno.