Sulaco wyprzedziło przezornego Nostroma, bogacąc się szybko na skarbach ukrytymi w ziemi, których strzegą czujne duchy dobra i zła, wygrzebywanych pracowitymi rękami ludu. Była to jakby druga młodość, niby nowe życie, pełne obietnic, niepokojów i trudu, rozsiewające szczodrze swe bogactwa na cztery strony roznamiętnionego świata. Zmiany materialne podążały śladem interesów materialnych. Zaś inne zmiany, bardziej subtelne i od zewnątrz niedostrzegalne, dokonywały się w umysłach i sercach pracowników. Kapitan Mitchell powrócił do ojczyzny, by żyć z oszczędności zainwestowanych w kopalni San Tomé. Doktor Monygham postarzał się, głowę przyprószyła mu siwizna, ale wyraz jego twarzy nie zmienił się. Żył z niewyczerpanego skarbu swej ofiarnej tkliwości, dobywanej z kryjówek jego serca, które było niczym schowek bezprawnych bogactw.

Naczelny inspektor szpitali państwowych (których utrzymanie obciążało koncesję Gouldów), urzędowy doradca sanitarny władz miejskich, główny lekarz Zjednoczonych Kopalni San Tomé (których terytoria, zawierające złoto, srebro, miedź, ołów i kobalt, rozpościerają się całymi milami wzdłuż podnóży Kordylierów) czuł się jak wynędzniały, nieszczęśliwy i przymierający głodem, kiedy Gouldowie po raz drugi wyjechali na dłuższy czas do Europy i Stanów Zjednoczonych. Zżył się z domem, złożył dowody przyjaźni, był starym kawalerem, który nie był niczym związany i nie miał żadnych zobowiązań (prócz zawodowych), więc zaproszono go, by zamieszkał w Casa Gould. Jedenastego miesiąca ich nieobecności znajome pokoje, przypominające mu wszędzie kobietę, której oddał się całym sobą, stały się dla niego nie do zniesienia. Gdy zaczął się przybliżać dzień przybycia pocztowego „Hermesa” (najświeższego nabytku wspaniałej floty T.O.Ż.P.), doktor kuśtykał żwawiej i parskał bardziej zgryźliwie po prostu z samej tylko nerwowości.

Pakował swe skromne manatki z pośpiechem, z zaciekłością, z entuzjazmem. Z radością i upojeniem patrzył, jak omijając starego odźwiernego, wynoszono je za bramę Casa Gould. Kiedy zaś nadeszła wyczekiwana godzina, wsiadł samotnie do wielkiej landary zaprzężonej w białe muły, skrzywił wprost jadowicie twarz, by nie postradać panowania nad sobą, i trzymając w lewej ręce parę nowych rękawiczek, pojechał do portu.

Kiedy ujrzał Gouldów, stojących na pokładzie „Hermesa”, serce tak wezbrało mu w piersi, iż jego powitania ograniczyły się do zdawkowego pomruku. Jadąc do miasta, wszyscy troje zachowywali milczenie. Na patio doktor odezwał się naturalniejszym tonem:

— Pozostawię teraz państwa samych. Zajdę jutro, jeśli mi będzie wolno.

— Proszę przyjść na śniadanie, drogi doktorze Monygham, i nich pan przyjdzie wcześnie — rzekła pani Gould i odwróciwszy się, spojrzała na niego u podnóża schodów. Miała na sobie podróżną suknię, twarz jej przysłaniała woalka. Stojąca we wnęce Madonna w błękitnych szatach i z Dzieciątkiem na ręku zdawała się pozdrawiać ją z wyrazem współczującej słodyczy.

— Niech pan się nie spodziewa, że zastanie mnie pan w domu — uprzedził go Charles Gould. — Wybieram się wczesnym rankiem do kopalni.

Po śniadaniu doña Emilia i señor doctor wyszli z wolna przez wewnętrzną bramę patia. Roztaczały się przed nimi obszerne ogrody Casa Gould, otoczone wysokimi murami i pokrytymi czerwoną dachówką dachami sąsiednich domów. Było pełno cienia pod drzewami i gładkich połaci słonecznych na trawnikach. Potrójny rząd starych drzew pomarańczowych okalał wnętrze ogrodu. Śniadzi, bosi ogrodnicy w śnieżnobiałych koszulach i szerokich calzoneras pielili, przykucnąwszy nad kwietnikami, lub przemykali się wśród drzew, grabiąc ścieżki. Nikłe smużki rozpryskującej się wody krzyżowały się wdzięcznymi krzywiznami i migotały w słońcu, spadając z cichym, pluszczącym szmerem na krzewy lub mżąc pyłem diamentów na trawniki.

Doña Emilia w powłóczystej, jasnej sukni szła obok doktora Monyghama, ubranego w długi, czarny surdut; surowa czerń krawata odcinała się od nieskazitelnej białości jego koszuli. Pod cienistą kępą drzew, gdzie stały małe stoliki i wiklinowe fotele, pani Gould usiadła w niskim, obszernym siedzisku.

— Niech pan jeszcze nie odchodzi — rzekła do doktora Monyghama, który nie był zdolny ruszyć się z miejsca. Wcisnąwszy brodę w głąb kołnierza, pożerał ją ukradkiem oczyma, które na szczęście były okrągłe i twarde niby marmurowe gałki i nie umiały wyrażać jego uczuć. Znamiona czasu na licach tej kobiety, oznaki słabości i znużenia, które zaciążyły na oczach i skroniach „nigdy nieznużonej señory”, jak zwykł z podziwem nazywać ją przed laty don Pépé, wzruszyły go niemal do łez.