Pani Gould wzdrygnęła się z lekka na przypomnienie zguby, której tak blisko była kopalnia San Tomé.
— A pan, drogi przyjacielu?
— Dokonałem dzieła, do którego się nadawałem.
— Zajrzał pan w oczy najokropniejszemu niebezpieczeństwu. Straszliwszemu od śmierci.
— Nie, pani Gould! Tylko śmierci przez powieszenie. I zostałem nagrodzony ponad moją zasługę.
Zauważywszy, iż spojrzenie pani Gould spoczywa na nim, spuścił oczy.
— Zrobiłem karierę, jak pani widzi — rzekł naczelny inspektor szpitali państwowych, poprawiając z lekka poły swego wytwornego, czarnego surduta. Poczucie własnej godności u doktora, zaznaczające się wewnętrznie zupełnym zniknięciem z jego snów ojca Berona, objawiło się na zewnątrz w tym, iż wbrew swemu dawniejszemu niedbalstwu zaczął uprawiać nadmierny kult zewnętrznego wyglądu. Zamknięta w surowych granicach kształtu i barwy, lecz zawsze świeża, ta zmiana stroju nadawała doktorowi Monyghamowi wygląd zawodowy i zarazem uroczysty. Jednakże jego chód i niezmienny, cierpki wyraz twarzy pozostawały z nimi w jaskrawej sprzeczności.
— Tak — mówił dalej. — Wszyscy zostaliśmy nagrodzeni: naczelny inżynier, kapitan Mitchell...
— Widzieliśmy go — podchwyciła pani Gould swym wdzięcznym głosem. — Poczciwiec przyjechał z prowincji, żeby nas odwiedzić w hotelu w Londynie. Zachowywał się z wielką godnością, ale coś mi się zdaje, że żal mu Sulaco. Tak ględził o „historycznych wypadkach”, iż zdawało się mi już, że się popłaczę.
— Hm — chrząknął doktor — pewno się zestarzał. Nawet Nostromo się postarzał, chociaż się nie zmienił. Skoro o nim mówimy, chciałbym pani coś powiedzieć...