— Niech się mają na baczności, aby lud, którego dążenia powstrzymują, nie powstał i nie upomniał się o udział w bogactwach i we władzy — oświadczył popularny kardynał-arcybiskup ze znaczącą pogróżką.
Nastąpiło milczenie, podczas którego jego eminencja utkwił chmurne spojrzenie w ziemię, a Antonia z wdziękiem siedziała wyprostowana na krześle i oddychała spokojnie w poczuciu mocy swych przekonań. Rozmowa przeszła następnie na tematy towarzyskie. Gawędzono o pobycie Gouldów w Europie. Kardynał-arcybiskup, przebywając w Rzymie, cierpiał na nieustanne bóle głowy. Było to następstwem klimatu, złego powietrza.
Gdy wuj i siostrzenica odchodzili, służba znowu upadła na kolana, a stary odźwierny, który znał jeszcze Henryka Goulda, zupełnie już ślepy i bezsilny, przypełzł, by ucałować wyciągniętą rękę jego eminencji. Doktor Monygham, patrząc za odchodzącymi, wyrzekł jedno słowo:
— Niepoprawni.
Pani Gould podniosła oczy w górę i opuściła bezwładnie na kolana białe ręce, migocące złotem i drogocennymi kamieniami licznych pierścionków.
— Spiskują. Tak! — rzekł doktor. — Ostatnia z Avellanosów i ostatni z Corbelanów spiskują ze zbiegami z Santa Marta, którzy napływają tu po każdej rewolucji. Pełno ich w Cafe Lambroso na rogu plaza. Słychać ich gwar aż na ulicy, niczym gęganie z kojca. Spiskują, by wtargnąć do Costaguany. A wie pani, gdzie szukają potrzebnych sił? W tajnych stowarzyszeniach, wśród zbiegów i ludności miejscowej, gdzie Nostromo — chciałem powiedzieć, kapitan Fidanza — jest wielkim człowiekiem. Czemu zawdzięcza to stanowisko? Kto wie? Geniuszowi? Jest genialny. Ma teraz większe uznanie wśród ludu, niż miał kiedykolwiek. Wydaje się, jakby rozporządzał jakąś ukrytą siłą, jakimiś tajemnymi środkami dla podtrzymania swych wpływów. Naradza się z arcybiskupem jak za dawnych czasów, które i pani, i ja pamiętamy. Barrios jest bezużyteczny. Ale na dowódcę wojskowego wzięli sobie pobożnego Hernandeza. I mogą wzburzyć kraj nowym hasłem: bogactwa dla ludu!
— Czy nigdy nie będzie spokoju? Nigdy nie będzie wytchnienia? — szepnęła pani Gould. — Myślałam, że...
— Nie! — przerwał doktor. — Nie ma spokoju i nie ma wytchnienia w rozwoju interesów materialnych. Mają one swoje prawa i swoją sprawiedliwość. Ale opierają się na pozorach i są nieludzkie. Są pozbawione prawości, ciągłości i siły, które można znaleźć tylko w zasadach moralnych. Nadchodzi czas, że wszystko to, przy czym obstawała koncesja Gouldów, zaciąży ludowi równie nieznośnie jak barbarzyństwo, okrucieństwo i nierząd sprzed kilku lat.
— Jak pan może coś podobnego mówić, doktorze Monygham? — krzyknęła, jakby urażona w najtkliwsze miejsce duszy.
— Mogę mówić, bo to prawda — upierał się doktor zawzięcie. — Zaciąży ludowi tak samo nieznośnie i wywoła niechęć, rozlew krwi i mściwość, ponieważ ludzie się zmienili. Czy pani sądzi, że górnicy poszliby teraz na miasto, by ratować swego señora administradora? Sądzi pani?