Przycisnęła splecione ręce do oczu i szepnęła beznadziejnie:
— Po to żeśmy pracowali?
Doktor pochylił głowę. Potrafił podążyć za jej niewypowiedzianą myślą. Czy po to pozbawiono jej życie wszelkiej cichej szczęśliwości powszedniego uczucia, którego jej czułość potrzebowała, jak ciało ludzkie potrzebuje powietrza do oddychania? I doktor, oburzony na zaślepienie Charlesa Goulda, zmienił pośpiesznie przedmiot rozmowy.
— Właśnie o Nostromie chciałem z panią pomówić. Niepodobna mu odmówić pewnej wytrzymałości i siły. Nic go nie złamie. Ale mniejsza o to. Dzieje się coś niejasnego, a może aż nadto jasnego. Wie pani zapewne, iż Linda jest praktycznie strażniczką latarni morskiej na Wielkiej Izabeli. Garibaldino jest już za stary. Do niego należy czyszczenie lamp i przyrządzanie strawy, nie może już chodzić po schodach. Czarnooka Linda sypia za dnia i czuwa nad latarnią całymi nocami. Nie spędza jednak całego dnia na spaniu. Wstaje około piątej po południu, zaś Nostromo, ilekroć jego szkuner zawinie do portu, odwiedza ją, podpływając do wyspy łodzią.
— Czy oni jeszcze się nie pobrali? — spytała pani Gould. — O ile wiem, jej matka życzyła sobie tego, gdy Linda była jeszcze dzieckiem. Kiedy dziewczęta były u mnie przez prawie rok, ta niezwykła Linda powiadała bez ogródek, iż zostanie żoną Gian’ Battisty.
— Nie, jeszcze się nie pobrali — odparł doktor krótko. — Miałem trochę nad nimi pieczę.
— Dziękuję panu, drogi doktorze — rzekła pani Gould i w cieniu wielkich drzew jej drobne, równe ząbki błysnęły dziewczęcym uśmiechem łagodnej przekory. — Doprawdy, ludzie nie wiedzą, jaki pan jest dobry. Nie daje im pan poznać tego po sobie, by mi dokuczyć, ale ja już od dawna zawierzyłam pańskiemu dobremu sercu.
Doktor podciągnął górną wargę, jakby chciał kogoś ugryźć, i skłonił się sztywno w swym fotelu. W bezgranicznym zapamiętaniu człowieka, do którego miłość przyszła późno, nie jako najprzedziwniejsze ze złudzeń, lecz jako rozwidniająca i bezcenna niedola, doznawał na widok tej kobiety (którego był pozbawiony niemal przez cały rok) odruchów uwielbienia, pragnął całować rąbek jej sukni. Ten nadmiar uczuć przejawiał się oczywiście wzmożoną zgryźliwością mowy.
— Obawiam się, że spotyka mnie zbyt wiele łaski. Niemniej ci ludzie mnie interesują. Byłem kilka razy w latarni na Wielkiej Izabeli, by zajrzeć do starego Giorgia.
Nie przyznał się, że bywał tam, gdyż podczas jej nieobecności doznawał ulgi w atmosferze pokrewnych uczuć, surowego uwielbienia starego Giorgia dla „angielskiej señory-dobrodziejki”; że miło mu było spotykać się z wylewnym, namiętnym przywiązaniem czarnookiej Lindy do „naszej anielskiej doñii Emilii”; że lubił, kiedy białoszyja, jasnowłosa Gizela wznosiła z zachwytem oczy, które błyskały ku niemu ukradkowym, na poły filuternym, na poły prostolinijnym spojrzeniem i sprawiały, iż doktor mówił w duchu do siebie: „Gdybym nie był stary i brzydki, myślałbym, że ta trzpiotka robi do mnie oko. I może robi. Ona pewno robi oko do każdego”. — Doktor Monygham nie wspomniał o tym wszystkim pani Gould, która była opatrznością rodziny Violów, lecz powrócił do „naszego wielkiego Nostroma”.