— Proszę posłuchać, co chciałem powiedzieć: nasz wielki Nostromo przez kilka lat nie troszczył się zbytnio o starca i dzieci. Co prawda, z dwunastu miesięcy spędzał wtedy dziesięć na podróżach wzdłuż wybrzeża. Robił pieniądze, jak kiedyś powiedział kapitanowi Mitchellowi. Jak się zdaje, powiodło mu się nadzwyczaj dobrze. Naturalnie należało się tego spodziewać. Jest człowiekiem pomysłowym, pełnym wiary w siebie, gotowym do skorzystania z każdej okazji i zmierzenia się ze wszelkim ryzykiem. Pamiętam, iż pewnego dnia byłem właśnie w biurze Mitchella, gdy wszedł tam z właściwą sobie, spokojną powagą, którą okazuje wszędzie. Patrząc swoim zwyczajem ponad naszymi głowami na ścianę, opowiadał, że handlował w Zatoce Kalifornijskiej, i ucieszył się, gdy po powrocie zobaczył, że buduje się latarnię morską na urwisku Wielkiej Izabeli. „Bardzo się ucieszyłem” — powtórzył. Kapitan Mitchell wyjaśnił, iż buduje ją Towarzystwo Oceanicznej Żeglugi Parowej dla udogodnienia ruchu statkom pocztowym, za jego radą. Kapitan Fidanza łaskawie stwierdził, iż to doskonała rada. Pamiętam, iż długo podkręcał wąsa i oglądał wszystkie gzymsy w pokoju, zanim zaproponował, by nadzór nad tą latarnią powierzono staremu Giorgiowi.

— Słyszałam o tym. Zasięgano mojego zdania w swoim czasie — rzekła pani Gould. — Miałam wątpliwości, czy będzie to dobre dla tych dziewcząt, że będą odosobnione na wyspie jak w jakimś więzieniu.

— Pomysł przypadł do gustu staremu Garibaldino. Zaś dla Lindy każde miejsce było miłe i dobre, o ile zostało wybrane przez Nostroma. Mogła tam oczekiwać łaskawych odwiedzin swego Gian’ Battisty równie dobrze, jak gdzie indziej. Myślę, iż kochała się już od dawna w tym nieskazitelnym capatazie. Przy tym zarówno ojciec, jak siostra pragnęli usunąć Gizelę z oczu niejakiego Ramireza.

— Ach! — rzekła pani Gould z zaciekawieniem. — Ramirez? Co to za człowiek?

— Taki sobie mozo miejski. Ojciec jego był cargadorem. Jako wątły dzieciak wałęsał się obdarty po wybrzeżu, aż Nostromo zajął się nim i zrobił z niego człowieka. Wziął go na lichtugę, zaś kiedy był nieco starszy, oddał pod jego kierownictwo łódź numer trzy, tę samą, którą wywieziono srebro. Nostromo wybrał tę lichtugę, gdyż była to najmocniejsza i najobrotniejsza łódź przewozowa z całej floty T.O.Ż.P. Młody Ramirez był jednym z tych pięciu cargadorów, którym powierzono zabranie skarbu z Urzędu Celnego owej pamiętnej nocy. Gdy łódź, którą prowadził, zatonęła, Nostromo podziękował za służbę i polecił kapitanowi Mitchellowi na swoje miejsce Ramireza. Obeznał go doskonale z zawodem i w ten sposób Ramirez z wygłodzonego włóczęgi stał się człowiekiem i capatazem cargadorów w Sulaco.

— Dzięki Nostromowi — rzekła pani Gould z gorącym uznaniem.

— Dzięki Nostromowi — powtórzył doktor Monygham. — Daję słowo, iż przeraża mnie potęga tego człowieka, gdy o niej pomyślę. Nie było niczym dziwnym, iż nasz zacny, stary Mitchell był ogromnie rad, gdy polecono mu człowieka wyszkolonego w portowym rzemiośle i oszczędzającego mu kłopotów. Natomiast wprost niepojęte wydaje się, iż cargadorzy z Sulaco uznali Ramireza za swego zwierzchnika jedynie dlatego, że taka była wola Nostroma. Nie jest on oczywiście drugim Nostromem, jak sobie w swej zarozumiałości wyobrażał, lecz mimo wszystko jest na doskonałym stanowisku. Rozzuchwaliło go to do tego stopnia, iż zaczął się umizgać do Gizeli Viola, która, jak pani wie, uchodzi w mieście za piękność. Jednakże stary Garibaldino powziął do niego gwałtowną niechęć. Nie wiem, dlaczego. Może dlatego, że nie jest on wzorem doskonałości jak Gian’ Battista, uosobieniem męstwa, wierności i honoru „ludu”. Signor Viola nie ma zbyt pochlebnego wyobrażenia o ludności Sulaco. Oboje zatem, stary Spartanin i białolica Linda o purpurowych ustach i czarnych jak węgiel oczach, pilnowali surowo jasnowłosej panny. Ramirez został ostrzeżony, by trzymał się z daleka. Ojciec Viola, jak mi opowiadano, pogroził mu kiedyś strzelbą.

— Cóż na to Gizela? — spytała pani Gould.

— Jak mi się zdaje, jest nieco kokietką — odrzekł doktor. — Nie przebiera. Lubi hołdy mężczyzn. Pozwolę sobie powiedzieć, pani Gould, że Ramirez nie był jedyny. Prócz niego miał być tam jeszcze jakiś inżynier z załogi kolejowej. Jemu również pogrożono strzelbą. Stary Viola nie pozwala żartować ze swego honoru. Od śmierci żony stał się niespokojny i podejrzliwy. Bardzo się ucieszył, że będzie mógł młodszą córkę zabrać z miasta. I cóż się stało? Ramirez, uczciwy chłopak, pozbawiony swej ukochanej, nie może bywać na wyspie. Nie ma na to rady. Stosuje się do zakazu, ale, rzecz prosta, iż często zwraca spojrzenia ku Wielkiej Izabeli. Wygląda na to, iż miewał zwyczaj spoglądać do późnej nocy na światło latarni. Otóż podczas tych sentymentalnych czuwań dostrzegł, iż Nostromo, inaczej kapitan Fidanza, zwykł powracać bardzo późno ze swych odwiedzin u Violów. Niekiedy aż po północy.

Doktor zatrzymał się i spojrzał znacząco na panią Gould.