— No, tak. Ale nie rozumiem — zaczęła zakłopotana.
— Teraz następuje to, co najdziwniejsze — mówił dalej doktor Monygham. — Viola, który jest królem na swej wyspie, nie pozwala nikomu bywać na niej po zmierzchu. Nawet kapitan Fidanza musiał odjeżdżać po zachodzie słońca, gdy Linda szła na górę, pilnować światła latarni. I Nostromo posłusznie odpływał. Cóż jednak działo się potem? Co porabiał na zatoce między wpół do siódmej a północą? Widywano go nieraz o tej późnej godzinie, jak zawijał spokojnie do portu. Ramireza trawiła zazdrość. Nie śmiał się zbliżyć do starego Violi; zdobył się jednak na odwagę, by zaczepić Lindę pewnego niedzielnego poranka, gdy przybyła na ląd, by wysłuchać mszy i odwiedzić grób matki. Byłem świadkiem tej sceny, która rozegrała się na wybrzeżu. Było to wczesnym rankiem. Musiał umyślnie na nią czekać. Znalazłem się tam najzupełniej przypadkiem, gdyż lekarz kanonierki niemieckiej stojącej w porcie wezwał mnie do siebie na pilną konsultację. Ciskała płomieniami gniewu i pogardy na Ramireza, który jakby postradał zmysły. Było to osobliwe widowisko, pani Gould! Długi pomost z oszalałym cargadorem przepasanym szkarłatną szarfą i z dziewczyną w czerni; wczesny poranek niedzielny nad przystanią, drzemiącą w cieniu gór; zaledwie jedna czy dwie łódki, snujące się między okrętami stojącymi na kotwicy, i nadpływająca po mnie łódź niemieckiej kanonierki. Linda przeszła tuż obok mnie. Podchwyciłem dzikie spojrzenie jej oczu. Zawołałem za nią po imieniu. Nie usłyszała mnie. Nie widziała mnie. Zdążyłem jednak spojrzeć w jej twarz; zatrważała gniewem i zgryzotą.
Pani Gould wyprostowała się i szeroko otworzyła oczy.
— Co pan ma na myśli doktorze Monygham? Czy to znaczy, że pan podejrzewa młodszą siostrę?
— Quien sabe? Kto wie? — odpowiedział doktor, wzruszając ramionami jak rodowity Costaguanero. — Ramirez podszedł do mnie na wybrzeżu. Słaniał się na nogach, wyraz twarzy miał obłąkany. Chwytał się za głowę rękami. Musiał się z kimś porozmawiać, po prostu musiał. Mimo swych obłąkanych oczu, poznał mnie. Ludzie mnie tu dobrze znają. Za długo żyłem wśród nich, żebym nie miał zostać doktorem o złym oku, który leczy wszystkie niedomagania cielesne i rzuca zły urok spojrzeniem. Podszedł do mnie. Usiłował zachować spokój. Starał się dać do zrozumienia, iż chce tylko ostrzec mnie przed Nostromem. Widocznie kapitan Fidanza wymienił mnie na jakimś tajnym zebraniu jako najzacieklej gardzącego wszystkimi biedakami — ludem. To bardzo możliwe. Zaszczyca mnie niegasnącą niechęcią. A wystarczy jedno słowo wielkiego Fidanzy, żeby jakiś narwaniec żgnął mnie nożem w plecy. Komisja Sanitarna, której jestem przewodniczącym, nie jest lubiana przez ludność. „Niech się pan go strzeże, señor doctor. Niech pan go zniszczy!” — syknął mi Ramirez w twarz. A potem wybuchnął: „Ten człowiek rzucił urok na obie dziewczyny!”. O sobie powiedział aż za wiele. Musi teraz uciec, uciec i ukryć się gdziekolwiek. Wyrażał się czule o Gizeli, a potem obrzucał ją wyzwiskami, których niepodobna powtórzyć. Gdyby wiedział, że da się ją skłonić, aby go pokochała, porwałby ją z wyspy. Daleko w lasy! Ale nic z tego... Odszedł, wymachując rękami nad głową. Dostrzegłem wtedy starego Murzyna, który łowił ryby, siedząc za stosem skrzyń. Zwinął nagle wędkę i natychmiast czmychnął. Ale musiał coś podsłuchać i zapewne z tym się wygadał, gdyż, jak mi się zdaje, kilku starych przyjaciół Garibaldina ostrzegło go przed Ramirezem. W każdym razie ojciec został ostrzeżony. Lecz Ramirez znikł z miasta.
— Poczuwam sie do pewnych obowiązków względem tych dziewcząt — rzekła pani Gould zaniepokojona. — Czy Nostromo jest obecnie w Sulaco?
— Jest, od ubiegłej niedzieli.
— Trzeba będzie zaraz pomówić z nim.
— Któż ośmieli się z nim mówić? Nawet szalony z miłości Ramirez czmycha na widok samego tylko cienia kapitana Fidanzy.
— Ja mogę, ja z nim pomówię — oświadczyła pani Gould. — Takiemu człowiekowi jak Nostromo wystarczy jedno słowo.