Doktor uśmiechnął się kwaśno.

— Musi skończyć z tą sytuacją, która prowadzi do... Nie chce mi się wierzyć w to, co pan mówi o tym dziecku — mówiła dalej pani Gould.

— Jest bardzo pociągający — mruknął doktor posępnie.

— Jestem pewna, że on to zrozumie. Musi skończyć z tym wszystkim i niezwłocznie ożenić się z Lindą — zawyrokowała najznakomitsza dama z Sulaco z ogromną stanowczością.

Z bramy ogrodowej wynurzył się Basilio. Utył i zaokrąglił się. Postarzała się jego twarz bez zarostu, w kącikach oczu pojawiły się zmarszczki. Kruczoczarne, sztywne włosy miał gładko przyczesane. Przystanąwszy za kępą krzewów, posadził pieczołowicie na ziemi małe dziecko, które niósł na ramieniu. Był to najmłodszy potomek jego i Leonardy. Nadąsana, przekwitła camerista i główny mozo Casa Gould byli małżeństwem już od kilku lat.

Siedział przez jakiś czas przykucnięty, patrząc czule na swoją latorośl, która odwzajemniała mu się pełnym powagi spojrzeniem. Następnie z namaszczeniem i godnością poszedł ścieżką.

— O co chodzi, Basilio? — spytała pani Gould.

— Telefonowano z biura kopalni, że wielmożny pan zanocuje dziś w górach.

Doktor Monygham powstał i zaczął rozglądać się dokoła. Głębokie milczenie zalegało na jakiś czas w cieniu ogromnych drzew rozkosznego ogrodu Casa Gould.

— Dobrze, Basilio — rzekła pani Gould. Śledziła go spojrzeniem, gdy szedł ścieżką, zatrzymał się na chwilę za kwitnącymi krzewami i ukazał się znów z dzieckiem na ramieniu. Miarowym krokiem minął bramę między ogrodem a patio, niosąc troskliwie swe lekkie brzemię.