Doktor, odwróciwszy się od pani Gould, przyglądał się dalekiemu kwietnikowi w słońcu. Ludzie uważali go za człowieka zgorzkniałego, który gardzi innymi. Jednak jego prawdziwą naturę stanowiła zdolność do gwałtownych uczuć i wielka wrażliwość charakteru. Brakowało mu gładkiej gruboskórności człowieka towarzyskiego, gruboskórności, z której wynika łatwe pobłażanie dla siebie i innych; tolerancja znajduje się na przeciwległym biegunie szczerej życzliwości i ludzkiego współczucia. Z tego niedostatku gruboskórności brała początek zgryźliwość jego usposobienia i jadowitość jego powiedzeń.

Zapatrzony w głębokim milczeniu na barwny kwietnik, doktor Monygham miotał w duchu złorzeczenia na głowę Charlesa Goulda. Za nim siedziała nieruchomo pani Gould, która wdzięk postaci łączyła z urokiem arcydzieła, które podpatrzone w okamgnieniu, uwiecznia się na zawsze. Doktor odwrócił się znienacka i pożegnał się z nią.

Pani Gould siedziała w cieniu wielkich drzew, w posadzonych półkole. Siedziała z przymkniętymi oczyma, opuściwszy bezwładnie białe ręce na poręcze krzesła. Zalegający pod gęstwiną listowia półmrok uwydatniał młodzieńczą urodę jej twarzy, wydobywał świetlistą jasność jej lekkiej sukni i białe koronki jej stroju. Drobna i wdzięczna, jak gdyby promieniejąca własną jasnością w głębokim cieniu splątanych gałęzi, podobna była do dobrej wróżki, znużonej długotrwałym spełnianiem dobrych uczynków, tkniętej przejmującym poczuciem nieużyteczności swych trudów, niemocy swego czarodziejstwa.

Gdyby ktoś ją zapytał, o czym rozmyśla samotnie w ogrodzie, podczas gdy jej mąż przebywa w kopalni, a dom jest zamknięty od ulicy niby puste mieszkanie, jej szczerość nakazałaby jej uniknąć odpowiedzi. Przyszło jej na myśl, że aby życie było pełne i szczodre, musi zawierać w sobie troskę o przeszłość i przyszłość w każdej przelotnej chwili teraźniejszości. Nasza codzienna praca powinna być wykonywana na chwałę, tych co odeszli, i na pożytek tych, co po nas przyjdą. Myślała o tym i wzdychała, nie otwierając oczu, nie poruszając się wcale. Twarz pani Gould stężała i zakrzepła na jedno mgnienie, jakby bez drżenia chciała przyjąć wielką falę osamotnienia, która przepływała nad jej głową. Przyszło jej na myśl, że nikt nie spyta jej nigdy z prawdziwą troską, o czym ona myśli. Nikt. Nikt, prócz może człowieka, który właśnie odszedł. Nie, nie spyta nikt, komu by można odpowiedzieć z beztroską szczerością, jaką daje doskonałe zaufanie.

Słowo „niepoprawni”, wymówione przed chwilą przez doktora Monyghama, napłynęło w jej pamięci, kiedy siedziała w smutku i milczeniu. Niepoprawny w swym oddaniu dla wielkiej kopalni srebra był señor administrador! Niepoprawny w swej twardej, nieustępliwej służbie interesom materialnym, z którymi złączył swą wiarę w triumf ładu i sprawiedliwości. Biedak! Widziała wyraźnie siwe włosy na jego skroniach. Był bez zarzutu, bez zarzutu. Czegóż więcej mogła się spodziewać? Powodzenie było trwałe i niesłychane, zaś miłość była tylko krótkim mgnieniem zapamiętania się, przemijającym upojeniem, którego słodycz wspomina się z uczuciem smutku, jak jakąś boleśnie odczutą chwilę w życiu. Było coś swoistego w koniecznościach skutecznego działania, co obniżało moralną wartość idei. Widziała górę San Tomé, która zawisła nad Campo, nad całym krajem, bogata, siejąca postrach, znienawidzona; bardziej bezduszna od każdego tyrana, bardziej bezlitosna i samowładna od najgorszego rządu, gotowa zmiażdżyć nieprzeliczone istnienia dla rozwoju swej potęgi. On tego nie widział. Nie mógł tego widzieć. Nie było to jego winą. Był bez zarzutu, bez zarzutu! Ale ona nigdy nie będzie go miała dla siebie. Nigdy. Nawet na godzinkę nie będzie go miała wyłącznie dla siebie w tym starym, hiszpańskim domu, który tak kochała! Niepoprawny jest ostatni z Corbelanów i niepoprawna ostatnia z Avellanosów, powiedział doktor, ale ona zdawała sobie jasno sprawę, że kopalnia San Tomé trawi i wypala życie ostatniego z costaguańskich Gouldów, że owładnęła energicznym duchem syna, podobnie jak władała żałosną słabością ojca. Straszliwy triumf ostatniego z Gouldów. Ostatniego! Spodziewała się długo, długo, że może... Ale nie! Nic już z tego nie będzie. Niezmierna rozpacz, lęk przed dalszym ciągiem własnego życia zwalił się na najznakomitszą damę z Sulaco. W proroczym jasnowidzeniu uświadomiła sobie, iż tylko ona przeżyje sponiewieranie swego młodzieńczego ideału życia, miłości i pracy, przeżyje go całkiem sama, samotnie w skarbcu świata. Głębokie, głuche cierpienie bolesnego snu pojawiło się na jej twarzy i na powiekach przymkniętych oczu. Niewyraźnym głosem człowieka uśpionego, który spoczywa biernie w uścisku bezlitosnej zmory, wyjęknęła bezwiednie słowa:

— Interesy materialne.

Rozdział XII

Nostromo bogacił się bardzo powoli. Wynikało to z jego przezorności. Umiał nad sobą panować, nawet gdy był wytrącony z równowagi. Zostać niewolnikiem skarbu z pełną świadomością jest zdarzeniem rzadkim, które rozstraja ducha. Rozstrój ten wynikał w znacznej mierze także z trudności przekształcenia tego kruszcu i nadania mu użytecznej postaci. Już sama czynność wywożenia go z stopniowo z wyspy, kawałek po kawałku, wiązała się z trudnościami, najeżona była niebezpieczeństwami niezwłocznego wykrycia. Musiał bywać na Wielkiej Izabeli potajemnie, między podróżami wzdłuż wybrzeża, które rzekomo były źródłem jego majątku. Musiał się mieć na baczności przed załogą własnego szkunera, jak gdyby składała się ze szpiegów czyhających na groźnego kapitana. Nie śmiał zbyt długo przebywać w porcie. Po wyładowaniu towaru wyruszał pospiesznie na inną wyprawę, bowiem obawiał się, iż każdy dzień zwłoki może rozbudzić podejrzenia. Niekiedy podczas tygodniowego lub nawet dłuższego postoju udawało się mu raz tylko odwiedzić skarb. I to było wszystko. Zaledwie parę sztab! Cierpiał zarówno z powodu obawy, jak i przezorności. Upokarzało go, iż działa ukradkiem. A najwięcej cierpiał wskutek skupienia myśli na skarbie.

Kiedy przestępstwo czy zbrodnia wtargną w życie człowieka, przeżerają je niby złośliwy nowotwór, trawią niby gorączka. Nostromo postradał spokój; zanikła czystość wszystkich jego zalet. Czuł to sam i często przeklinał srebro z kopalni San Tomé. Jego męstwo, jego wspaniałomyślność, jego niedbałość, wszystko było jak dawniej, ale było tylko złudą. Natomiast skarb był rzeczywistością. Przylgnął do niego jeszcze zawziętszym, duchowym chwytem. Ale wzdragał się przed dotknięciem sztab. Niekiedy, zaniósłszy do kajuty kilka z nich, owoc ukradkowej, nocnej wyprawy na Wielką Izabelę, przyglądał się uważnie swym dłoniom, jakby zdziwiony, iż nie pozostawiły plam na jego skórze.

Znalazł sposoby sprzedaży sztab srebra w odległych portach. Konieczność dalekich wypraw powodowała, iż jego podróże wzdłuż wybrzeża trwały długo, a odwiedziny w domostwie Violów bywały nieczęste i dorywcze. Jego przeznaczeniem było poślubić żonę z tego domu. Wyraził się kiedyś w ten sposób do starego Giorgia. Ale Garibaldino zbył go majestatycznym skinieniem ręki, w której trzymał zakopconą, czarną fajkę. Dość jeszcze na to czasu; nie chce nikomu narzucać swoich córek.