Z biegiem czasu Nostromo nabrał przekonania, że woli młodszą. Zachodziło między nimi głębokie powinowactwo natur, bez którego nie ma zupełnego zrozumienia i wzajemnego zaufania, istniały przy tym powierzchowne różnice usposobień, które wywierały właściwy sobie urok kontrastu. Żona Nostroma musiała znać jego tajemnicę, gdyż inaczej życie byłoby niemożliwe. Pociągała go słodkooka, białoszyja Gizela, uległa, milcząca, płonąca żądzą pieszczot pod pokrywką gnuśnej spokojności. Natomiast Linda o wyrazistej, namiętnej, bladej twarzy, energiczna, ognista w słowach, dysząca żarem i wzgardą, nieodrodna córka surowego republikanina, choć obdarzona głosem Teresy, budziła w nim głęboką nieufność. Ponadto ta biedna dziewczyna nie umiała ukrywać swej miłości do Gian’ Battisty. Zdawał sobie sprawę, że miłość ta jest porywcza, wymagająca, podejrzliwa, nieprzejednana — jak jej dusza. Gizella swą jasną, ciepłą urodą, zewnętrznym spokojem swej natury, zapowiadającym uległość, urokiem swej dziewczęcej tajemniczości rozniecała jego uczucie i koiła jego obawy o przyszłość.
Nie bywał w Sulaco długo. Powracając pewnego razu z takiej dalekiej wyprawy, zauważył lichtugi załadowane kamiennymi blokami pod urwiskiem Wielkiej Izabeli. Stały na nim żurawie i rusztowania, dokoła mrowili się robotnicy i niewielka latarnia morska dźwigała się już z fundamentów na skraju urwiska.
Na ten nieoczekiwany, niewyobrażalny, przerażający widok wydało się mu, że jest nieodwołalnie zgubiony. Cóż teraz mogło ocalić go od wyśledzenia? Nic! Struchlał od tego obrotu rzeczy, który miał rzucić światło na jedyną skrytą zmazę jego życia, życia, którego najistotniejsza treść, wartość i realność polegała na jego odzwierciedleniu w pełnych podziwu oczach ludzkich. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ten fakt, nie do ogarnięcia zwyczajnym pojmowaniem, który stanął między nim a potęgą, która słucha wyrzeczonych w złej wierze klątw i daje im moc spełnienia się. Było ciemno. Nie każdy człowiek dysponował taką ciemnością. I oto zamierzano rozniecić tam światło. Światło! Widział, jak padnie ono na niesławę, na ubóstwo, na pogardę. Ktoś już pewno... Może ktoś już...
Niezrównany Nostromo, capataz, groźny i wielbiony kapitan Fidanza, niewątpliwy patron tajnych stowarzyszeń, republikanin jak stary Giorgio, rewolucjonista w głębi duszy (ale na inny sposób), omalże nie rzucił się w morze z pokładu swego szkunera. Ten człowiek, subiektywny do szaleństwa, patrzył samobójstwu trzeźwo w twarz. Ani na chwilę nie stracił głowy. Powstrzymywała go myśl, że to nie będzie żadnym wyjściem. Wyobrażał sobie, że nie żyje, a niesława i hańba trwa. A właściwie mówiąc, nie mógł sobie wyobrazić, że nie żyje. Nazbyt silne miał poczucie własnego istnienia, przejawiającego nieskończoną trwałość w swej zmienności, by objąć umysłem pojęcie swego kresu. Ziemia obraca się bez końca.
Przy tym był odważny. Była to odwaga skażona, ale nadająca się do jego celów równie dobrze jak każda inna. Podpłynął tuż pod urwisko Wielkiej Izabeli, rzucając z pokładu badawcze spojrzenie w stronę wylotu wąwozu, zasnutego nietkniętą gęstwą chaszczy. Podpłynął tak blisko, iż wymienił pozdrowienia z robotnikami, którzy przysłaniali oczy dłońmi, stojąc na skraju urwiska, z którego zwieszało się ramię potężnego żurawia. Zdał sobie sprawę, iż żaden z nich nie miał sposobności bodaj zbliżyć się do wąwozu, w którym spoczywało ukryte srebro, że w tej kryjówce bywał tylko on sam. W porcie dowiedział się, iż nikt nie sypia na wyspie. Robotnicy co wieczór wracali do portu, śpiewając chórem w pustych lichtugach ciągniętych przez holownik. Na razie nie miał czego się obawiać.
„Ale potem?: — zadawał sobie pytanie. Później, gdy latarnik zamieszka w chacie budowanej o sto pięćdziesiąt jardów poniżej niskiej wieży latarni, o jakieś czterysta jardów od mrocznego, cienistego, dzikiego wąwozu, który zawierał tajemnicę jego bezpieczeństwa, jego wpływów, jego wspaniałości, jego przewagi nad przyszłością, jego urągania niedoli oraz wszelkiemu możliwemu oszukaństwu zarówno bogaczy, jak i biedaków — co będzie później? Nie otrząśnie się nigdy z tego skarbu. Jego śmiałość, większa niż u innych ludzi, wszczepiła tę żyłę srebra w jego życie. A uczucie trwożnej, żarliwej podległości, uczucie niewoli, tak głęboko osadzone i niemożliwe do wykorzenienia, iż nieraz w myślach przyrównywał się do legendarnych gringos, którzy ni to żywi, ni to martwi, przykuci są do nieprawnie zdobytych bogactw na Azuerze, uczucie to ciężko obarczało niezależnego kapitana Fidanzę, właściciela i pana przybrzeżnego szkunera, którego dziarska powierzchowność (i bajeczne szczęście do handlu) znana była powszechnie wzdłuż zachodniego wybrzeża rozległego kontynentu.
Widywano kapitana Fidanzę, jak przechadzał się swym zwyczajem po ulicach Sulaco, załatwiając interesy. Nastroszywszy z powagą bujne wąsy, stąpał nieco mniej gibkim krokiem, kryjąc siłę i umiar swych potężnych członków w pospolitości brunatnego, tandetnego ubrania, sporządzonego przez Żydów w londyńskich zaułkach, a nabytego w oddziale konfekcyjnym Kompanii Anzani. Jak zazwyczaj, pozwalał się domyślać, iż sprzedał z ogromnym zyskiem swój ładunek. Był to ładunek solonej ryby, a właśnie zbliżał się Wielki Post. Krążył tramwajami między miastem a portem, rozmawiał ze znajomymi w kawiarni miarowym, statecznym głosem. Kapitan Fidanza był na oczach ludzkich. Jeszcze nie przyszło na świat pokolenie, które nic nie słyszało o słynnej jeździe do Cayty.
Capataz de cargadores, przezwany niesłusznie Nostromem, zdobył sobie pod swym właściwym nazwiskiem inny wizerunek publiczny, zmieniony wskutek odmiennych warunków, mniej malowniczy i trudniejszy do utrzymania wśród coraz liczniejszej i różnorodniejszej ludności Sulaco, postępowej stolicy Zachodniej Republiki.
Kapitan Fidanza, już nie malowniczy, lecz zawsze nieco tajemniczy, był doskonale znany pod wysokim, oszklonym dachem stacji kolejowej w Sulaco. Wsiadł do miejscowego pociągu i wysiadł w Rincon, gdzie odwiedził wdowę po cargadorze, który zmarł z ran (u świtu nowej ery, jak don José Avellanos) na patio Casa Gould. Raczył siąść na ławie i wypić szklankę chłodnej lemoniady w chacie kobiety, która stojąc przed nim, zalewała go istną powodzią słów, których nie słuchał. Wręczył jej, jak zwykle, nieco pieniędzy. Osierocone dzieci, już podrośnięte i dobrze wychowane, nazywające go wujem, krzykliwie prosiły go o błogosławieństwo. Udzielił go. Wychodząc, zatrzymał się na chwilę w drzwiach, by z lekkim zmarszczeniem brwi spojrzeć na spłaszczone oblicze góry San Tomé. To zmarszczenie brwi, rzucające cień surowości na nieugięty zazwyczaj wyraz jego opalonego czoła, dostrzeżono w Loży, do której uczęszczał. Opuścił ją przed bankietem. Wniósł tę zmarszczkę na zebranie na urządzone na jego cześć przez kilku dobrych towarzyszy, Włochów i miejscowych, którzy zebrali się pod przewodnictwem ubogiego, chorowitego, nieco garbatego fotografa o bladej twarzy, zabarwionej rumieńcem krwiożerczej nienawiści do wszystkich kapitalistów i ciemiężycieli obu półkul ziemskich. Stary rewolucjonista, bohaterski Giorgio Viola, nie byłby nic rozumiał z jego wstępnego przemówienia, zaś kapitan Fidanza, jak zwykle rozrzutnie hojny w stosunku do biednych towarzyszy, nie przemawiał wcale. Słuchał ze zmarszczoną brwią, roztargniony, po czym wyszedł niedostępny i milczący jak człowiek obarczony troskami.
Zmarszczka na jego czole pogłębiła się, gdy wczesnym rankiem zobaczył kamieniarzy wyruszających na Wielką Izabelę lichtugami załadowanymi czworokątnymi blokami kamienia, wystarczającymi do ułożenia jednej warstwy muru. Praca przewidziana na jeden dzień. Jedna warstwa dziennie.